Zebrana kwota

Zebraliśmy

7827 zł

z kwoty minimalnej (2022 zł)

bezpośredni link do wpłat na team Gryfne Karlusy

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Maroko 2025 cz. II

Druga część relacji z wyjazdu do Maroko 

Pierwsza część relacji (dostępna tutaj) głównie dotyczyła największych miast Maroko. Dalsza podróż przebiegała już w bardziej odludnych terenach.

Maroko 2025

 

Odludzie, pustka i kilka krzewów
  

Jak już wspominałem wyjazd z Marrakeshu rozpoczął się o godzinie 11, 23 października 2025 i niedługo później mieliśmy rutynową kontrolę policji, gdzie z pośpiechu zamiast opuścić szybę to zablokowałem drzwi. Była to zwykła kontrola bez żadnych konsekwencji.

Kilkanaście kilometrów dalej dotarliśmy do dziwnego miasteczka w którym odbywało się jakieś święto, coś co wyglądało na "odpust", choć ja się czułem jakbym wjechał do hipermarketu w trakcie gorączki świątecznych zakupów. Niestety nie ma z tego dobrych zdjęć, które oddawałyby ten klimat.

 

Początek wielkiego targowiska

Mijały kolejne kilometry i teren stał się zupełnie wyludniony. Pojawiały się pojedyncze zabudowania, ale zwykle w zasięgu wzroku nie było prawie niczego.

 

Sporadyczne zabudowania

Kolejny przystanek w trakcie naszej drogi zrobiliśmy na poboczu około 13:30, gdzie od drogi asfaltowej odbijała droga szutrowa a właściwie był tam sam piach.

 

Pustynna droga do "niewiadomogdzie"

Wbrew pozorom wcale nie sprawiała wrażenia opuszczonej lub zaniedbanej. Wyraźnie widoczne ślady opon świadczyły o regularnym ruchu, a obecność znaku stop potwierdzała funkcjonowanie tego odcinka i częste korzystanie przez kierowców.

 

- Może powtórzymy arabski? Nie, no co ty, tato? A odmień كان.
    No, daj spokój. No odmień, no. Weź się, tato. No. Bo nie odmienisz. 
    Taa, nie odmienię... No to odmień. No,  أنا (ana) ...
-  أنا (ana)
- ... أكون (akūn)
أنا أكون (ana akūn)
- No wiem.أنا أكون (ana akūn) ...
أنت تكون (anta takūn) ...
أنت تكون (anta takūn) ... No sam powiem!
- Ale nie mówisz!
- Bo ty ... Co ja? Co ja? Mnie stresujesz.
 Ja cię stresuję, ku..a?! Uczysz się tego piąty rok w szkole i na kursach, i wszystko to jak krew w piach!


Dobra oto prawdziwy powód przerwy - brak wc i jedyne drzewo w okolicy 😉

Ruszyliśmy dalej, droga była prosta i całkiem przyzwoita a krajobraz miejscami przypominał słynną amerykańską autostradę Willa Rogersa czyli Route 66. Ujechaliśmy raptem pół godziny od poprzedniego postoju i nagle pośród tego pustkowia widzimy patrol policji, który daje znaki aby zjechać na pobocze. Podchodzi do nas marokański gliniarz 👮 i ... łamaną angielszczyzną mówi, że tu chwilę wcześniej na jakimś moście przekroczyliśmy prędkość i zaprasza mnie do radiowozu. Jak nic dzień świra 😜.

Policja pośrodku niczego

Okazało się, że podobno było po drodze jakieś śmieszne ograniczenie do 60 km/h, a ja na radarze miałem całe 68. W związku z tym należy się 150 MAD do marokańskiego budżetu. Oczywiście Olek i Edek mieli niezły ubaw w aucie. 

 

Relacja z aresztowania 

Także znajomi z pracy, którym od czasu do czasu wysyłałem kilka fotek nie pozostali dłużni, już widzieli mnie w kajdankach 😂

 

Kajdanki i do aresztu na pustyni

Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wpadli na pomysł, że może jednak powiemy, że nie mamy przy sobie gotówki i proponujemy zapłatę kartą (brak takiej możliwości) lub ewentualnie damy to co mamy (nazbieraliśmy 100 dirhamów). Także delikatna sugestia, że nie jest nam potrzebny świstek w postaci mandatu nie zadziałał i policjant zażądał pełnej kwoty wysyłając mnie do kolegów na poszukiwania MAD lub EUR. Oczywiście udało mi się jeszcze uzbierać kilka drobniaków w postaci 5 MAD, 1 EUR i ... 20 groszy. Nadal nic. Na propozycję, że podjedziemy do najbliższego miasteczka i wypłacimy kasę stwierdził, że tu nie ma gdzie wypłacić gotówki i najbliższy bank jest w Agadir (czyli ponad 200 km).

Kazał poczekać w samochodzie i po chwili podjechał inny policjant, wyższy rangą. Ten to już był służbista pełną gębą i kazał nam zjechać głębiej na pobocze. W tym momencie trochę zrobiło się nerwowo, bo przecież mieliśmy kasy dosyć sporo przy sobie, więc zaczęliśmy ją upychać po wszelkich schowkach w Audicy bojąc się dokładnego przeszukania. Na szczęście po chwili ponownie zaprosił mnie do auta, coś tam jeszcze pomarudził i kazał zostawić te 105 MAD. Ja poprosiłem o kwitek (chodziło mi bardziej o pamiątkę niż o potwierdzenie wpłaty) i dzięki temu nasz "generał" się zgrzał jeszcze bardziej, mówiąc, że jak chcę dokument to mam zapłacić pełną kwotę. "Ok, no problem", ale ostatecznie jednak dał mi to pokwitowanie (na pełne 150 MAD, bo mają gotowe druki z wypisaną kwotą).

 

Pocztówka z wakacji
 

Przy okazji wypisywania mandatu nastąpiła dosyć zabawna sytuacja i ledwo zachowałem powagę. Spisując dane z prawa jazdy policjant w rubrykę "name" chciał wpisać "PRAWO JAZDY" a w rubrykę "surname - BYTOM". Gdyby nie to, że zabrał też do wglądu paszport nie wyprowadzałbym go z błędu 😂.

W końcu ruszyliśmy dalej, trasa zaprowadziła nas tym razem w tereny górskie, stawała się coraz bardziej widokowa. Droga zrobiła się bardzo wąska i kręta, ale wszelkie trudności wynagradzała pięknymi pejzażami i szerokimi, otwartymi przestrzeniami zapewniającymi niesamowite widoki.

 

Taras widokowy i selfie

Jest i selfie grupowe

Zdjęcia nie oddają głębi

Zresztą filmy także nie
 
 
A tak prezentuje się nasze Audi-Africa

Z tyłu widać nieco dokładniej trudy podróży

Tak, pogoda dopisuje 33°C

 
 
Dalsza droga wyglądała podobnie - kręta, stroma z bardzo ładnymi widokami na pobliskie góry Atlas a konkretnie na ich centralną część zwaną Atlas Wysoki. Ponownie zatrzymujemy się koło 15:50 na kilka chwil w punkcie widokowym "Vue panoramique" na wysokości 1480 m n.p.m.


Widoki fantastyczne, ale w rzeczywistości jeszcze ładniejsze

Panorama na wysokości 1480 m n.p.m.


Nasza droga na mapie nadal wygląda jak bazgroły jakiegoś dziecka z przedszkola. Do samej Paradise Valley docieramy gdzieś o godzinie 16:45. 

Bazgroły czyli trasa przez góry Atlas Wysoki

 

W tle początek Paradise Valley

Paradise Valley to naturalna oaza położona w skalistej dolinie Gór Atlasu Wysokiego, około 35 km od Agadiru. To miejsce pełne naturalnych basenów otoczonych palmami i kolorowymi kwiatami, idealne na spacery, kąpiele w krystalicznie czystej wodzie i relaks w otoczeniu dzikiej, górskiej przyrody. Dolina zachwyca zapierającymi dech w piersiach krajobrazami, kaskadowymi wodospadami oraz urokliwymi ścieżkami turystycznymi - istne rajskie widoki jak na Rajską Dolinę przystało. 

Spragnieni takich widoków (źródło: shakasurfmorocco.com)

 
I kąpieli w takich miejscach (źródło: moroki.co)

I niby wszystko się zgadza ale ... właśnie, to ALE zrobiło jednak sporą różnicę. Niestety druga połowa października w Maroko to nadal gorąc i upały. Po suchym lecie po wszelkiej wodzie ślad zaginął, jedynie przy samym wejściu dolinki, gdzie rozstawione są stanowiska i kawiarnie dla turystów była jeszcze woda i raczej nie takiego koloru co na powyższych zdjęciach. Mimo tego, ruszyliśmy zobaczyć część dolinki na własne oczy.

 

Widok na wysuszoną Rajską Dolinę

Oczko wodne do którego można skakać ze skały (w grudniu?)

Susza w dolinie
 
Chłopaki postanowili chwilę odpocząć przy "rzece", a ja zwiedziłem jeszcze kawałek dolinki. W tym upale spacer pod górę jednak jest dosyć mocno męczący, zwłaszcza jeśli nie ma się już ani kropli wody do picia przy sobie, więc doszedłem do pierwszego dużego zakrętu i zawróciłem. 

Skrzyżowanie dwóch rzek

W głębi dolinki nadal bez wody

Suche koryto

 
Ścieżka wzdłuż doliny

 

Powrót pół godziny później

 

Zdjęcie dwóch osłów

Geody marokańskie zakupione w dolince


Z Paradise Valley do naszej kolejnej miejscówki Pearl Surf Camp Morocco - Imi Ouaddar mieliśmy 46 km i około godziny jazdy (około 20 km od Agadir). Jest to nasz przedostatni postój nad Atlantykiem i świetna okazja do plażowania, więc postanowiliśmy pobyczyć się tam na miejscu przez dwa dni. Wprawdzie hotel w tym miejscu był najdroższy w całej podróży (69 EUR + 3 EUR podatku) ale przecież nadal taniej niż nad naszym Bałtykiem czy w Zakopanem w jakimś kiepskim pokoiku i to bez śniadania.

Pogoda zaplanowała pobyt inaczej
 

Niestety cały plan pokrzyżowała pogoda, bo im bliżej Atlantyku tam więcej chmur na niebie i mniej słońca, choć oczywiście nadal było ciepło. Na miejscu dogadaliśmy się z właścicielem, że mamy opcję zostać tam dłużej niż na jedną noc ale pod warunkiem, że rano się zrobi słonecznie.
 

Pokój w Pearl Surf Camp

Kolejne łoże małżeńskie

I wielki taras

Właściciel od razu zaproponował nam też kolację - duża porcja Tagin. Tym razem wybraliśmy opcję z rybką (10 EUR /os.). Po zjedzeniu przyszła pora na odpoczynek na tarasie - niestety niebo nadal zasłonięte, więc bez widoku na gwiazdy. Mimo tego jakoś sobie zagospodarowaliśmy czas 😉

 

Marokańskie nakrycie głowy wersja mini ...

 

... i wersja maksi

Poranek przywitał nas pogodą bez większych zmian, choć było nieco lepiej niż wcześniej. Zjedliśmy o 9:30 śniadanie i postanowiliśmy iść na chwilę nad ten Atlantyk, jednak kolejnej nocy w hotelu nie braliśmy.

Śniadanie w formie bufetu, całkiem spory wybór (na zdjęciu tylko fragment)

 

Pośniadaniowy relaks

Pogoda nas nie rozpieszcza, nadal brak słońca (no ale w Bytomiu te zamarznięte szyby mniej więcej o tej porze)

 

Choć nie możemy mówić, żeby nam było zimno (pogoda w tym dniu nieco później)

 

Wielbłądy też zwiedzały plażę

Słońce próbuje się przebić

Plaża strona druga

Ze względu na to, że słońce się obraziło i postanowiło do nas nie wychodzić, to my wyruszyliśmy z Imi Ouaddar dalej do Tantan, a po drodze do takiej jednej dziury. Przed nami 6 godzin jazdy i 412 kilometrów.

 

 Trasa Imi Ouaddar - Agadir - Legzira - Tantan

 

 

Agadir - Legzira - Tantan 

Około 11:30 wyruszyliśmy z Imi Ouaddar w kierunku Agadiru. Do centrum dotarliśmy jakieś pół godziny później szukając większego sklepu (powoli kończyły się nam napoje chłodzące).


Chorzowska "Elka"

Granaty 1,3 EUR za kg

Avocado 1,7 EUR też za kg!

Smoczy owoc prawie 7 EUR za kg

Inny gatunek granatów niecałe 0,5 EUR za kg! U nas cebula jest droższa.

Mango za 2,5 EUR za kg


Zaopatrzenie w napoje było kiepskie (właściwie wcale ich tam nie było), więc jedziemy dalej w kierunku plaży Legzira.

Legzira

  
Edek i Legzira

Legzira to dzika, malownicza plaża położona na południu Maroka, między miastami Tiznit i Sidi Ifni, około 150 km na południe od Agadiru. Jest słynna przede wszystkim z imponujących czerwonych, skalnych łuków, które wznoszą się nad plażą i oceanem. Te naturalne formacje powstawały przez tysiące lat wskutek erozji wiatru i fal oceanu, tworząc unikatowy, zapierający dech w piersiach krajobraz.

Największy łuk - zawalił się w 2016 roku (źródło: coastalcare.org)

Przewodnik wyjaśnia co i jak

Niestety, najsłynniejszy i największy z łuków zawalił się w 2016 roku, ale pozostałe nadal robią ogromne wrażenie.

W tle zawalony łuk
 

 
Po tym jak dowiedzieliśmy się, że to się może zawalić chłopaki postanowili to przytrzymać

I doskoczył

Plaża jest długa, szeroka i piaszczysta, idealna na spacery i obserwacje zachodów słońca, które barwią łuki na intensywne czerwono-pomarańczowe kolory. Jednak jak wiemy pogoda nie sprzyjała do tak pięknych barw (nadal wilgoć od Atlantyku tworzyła coś w rodzaju mgły).

Takie kolory przypadły nam

 
A tak to mniej więcej powinno wyglądać

 Legzira to też popularne miejsce dla surferów dzięki silnym, żywym falom Atlantyku. 

 

Trzech surferów bez desek

To miejsce zachwyca dziką naturą, pięknem i spokojem, a okolice oferują wiele atrakcji związanych z lokalną kulturą i przyrodą. 


Edek na tle dziury

  

 

Skok w dal

Legzira to obowiązkowy punkt podróży dla odwiedzających południe Maroka, łączący spektakularne widoki z atmosferą prawdziwego relaksu.


Olek na tle dziury

Robi wrażenie, gdy się stoi pod
 
Z bliska faktycznie wydaje się kruche

Z parkingu ruszyliśmy dalej koło 16:30 a do Tantan pozostało nam jeszcze ponad połowa dzisiejszej drogi, więc minimum 3h jazdy.

 

Renault 4 na parkingu - starsze niż Audi-Africa

Droga była całkiem przyzwoita 

W tle miasteczko Sidi Ifni

Pogoda w końcu odpuściła i pokazało się błękitne niebo

"Bóg, Ojczyzna, Król” nad miastem Kulmim (Guelmim) 

 

W Kulmim tankujemy (koło 17:37), licznik wskazuje 345 516 km. Szukamy też większego sklepu aby zaopatrzyć się w jakieś jedzenie na kolację oraz ewentualnie w jakieś napoje (i udaje się nam nawet coś kupić).


Za nami Kulmim, zabudowa coraz bardziej rzadka

Na zegarku już po 18, a tu wciąż słońce mocno świeci i grzeje, nadal ponad 28°C. W Polsce już dawno zmrok. Olek nadal prowadzi, wyjeżdża raptem kilka kilometrów od Kulmim i ... z daleka nam macha wesoły policjant 👮. "Nie, to się nie dzieje." Mamy zjechać na pobocze, tym razem Olek stwierdził, że chyba dziś zasili marokański budżet dużo większą kwotą 💰🤑.

 Jeszcze na początku było wszystkim wesoło ale chwilę później już nie bardzo

Niestety Olek miał dużo więcej racji niż sądził, jego obawy w zaledwie kilka chwil okazały się prorocze. Jak tylko tylko przekroczył próg otwartych drzwi Audi-Africa i postawił nogę na gorącym od słońca asfalcie, został ... zakuty w kajdanki - jakież to było zaskoczenie i dla niego i dla reszty ekipy.   

Tym razem było już na poważnie

Tak to niestety kAIdanki

Kto by przypuszczał, że w Maroku, kraju pełnym barw i aromatów, nawet pozornie niewielkie przekroczenie przepisów ruchu drogowego spotyka się z tak gwałtowną i bezwzględną reakcją! Olek przekroczył prędkość zaledwie o nieco ponad 30 km/h niż dopuszczalna, gdzie nie jest to przecież aż tak ogromne wykroczenie, a tutaj, na terytorium podlegającemu pod prawo marokańskie, powoduje to natychmiastowe zakucie w "dyby", bez żadnych dyskusji i negocjacji. Edka i mnie po prostu zatkało.

Konsekwencje były ostre i bezpośrednie: grzywna w wysokości 1500 marokańskich dirhamów – suma, która na krajowe standardy Maroka nie jest wcale mała. Do tego aż dwanaście punktów karnych co już dla zwykłego obywatela jest poważnym problemem, a tym bardziej dla zawodowego kierowcy, dla którego każdy punkt stanowi zagrożenie dla zatrudnienia.

Zanim Olek zdążył porządnie zebrać myśli a nam minął paraliż, została mu pokazana droga do radiowozu. Zamknięto go w wozie i zaczęto spisywać - trwało to wieki, no może jakieś piętnaście minut, choć dla niego pewnie ze trzy raz dłużej.

Jednak wreszcie, gdy drzwi radiowozu się otworzyły, Olek wyszedł jak gdyby nigdy nic – tak, jakby ten incydent nigdy się nie zdarzył. Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech,a na twarzy widać było ulgę. Okazało się, że Olek pracuje w firmie, którą jakiś czas temu wykupił francuski właściciel (a firma działa na terenie całej Europy i północnej Afryki), więc on znał ich firmowego dostawcę w Maroku i dogadał się z policjantami, że załatwi im wynajem ciężkiego sprzętu z 70 procentową zniżką, bo oni budują ogromną studnię głębinową i potrzebują każdej pomocy.

Ostatecznie skończyło się na strachu i mandacie w wysokości ... 150 MAD a na kwitku wpisali mu przekroczenie o całe dziewięć kilometrów na godzinę.

Ostatecznie 150 MAD, 0 pkt karnych 😎

 

Czy nie brzmi to wszystko jak jakiś niesamowity materiał na kolejny odcinek "Kryminalnych" - oczywiście, bo większość tego zmyślił nasz kolega AI i to taki nasz "easter egg"  😂. Oczywiście patrol i mandat jak najbardziej był.

Sytuacja z mandatem miała miejsce gdzieś około 18:30 (o takiej godzinie wypisany świstek), zachód słońca był gdzieś po drodze o 19:40, a do Hotelu Marwa w Tantan dotarliśmy godzinę później,  już po zmroku (o 20:50 mieliśmy napoje regeneracyjne rozlane). Mogliśmy być z 10 minut wcześniej, lecz pojechaliśmy ze 2-3 km dalej do centrum, bo zapomnieliśmy dokładnie nawigację ustawić.

Hotel Marwa
 

Czas na chwilę przerwy

Łazienka

Szczerze mówiąc standard był w porządku (cena ze śniadaniem 350 MAD czyli niecałe 35 EUR), choć taras nieco obskurny ale zupełnie nie pamiętam czy mój "jasiek" trafił do pokoju czy nie. 

Widok z tarasu

Widok z tarasu po raz drugi

W oczekiwaniu na śniadanie

Śniadanie


Był to już ostatni postój nad Atlantykiem i ostatnia okazja do kąpieli w oceanie. Tym razem pogoda była rewelacyjna i skorzystaliśmy z tego aby wybrać się nad wodę. Po śniadaniu zapakowaliśmy niezbędne rzeczy (ręczniki) i poszliśmy wreszcie zamoczyć się w słonej wodzie. 

Ekipa na plaży

Edek

Plaża w TanTan


Znowu Edek

Olek

Tomek

Plecy Olka

Gołębie ... tfu Mewy czy inne nadmorskie ptoki

Mewa (chyba)

Micro półwysep


Skałki

Wyglądało na ostre a w dotyku miękkie

Nasz kolega AI twierdzi że to rodzaj gąbki ale chyba błądzi


Fale były spore

Filmiku nie będzie - ocenzurowano

Coś na brzeg ocean wypluł

Jeszcze dzień wcześniej wieczorem planowaliśmy kolejny odcinek naszej podróży. Po raz pierwszy pojawił się niestety problem czasowy i myśl o zbliżającym się powrocie. Wprawdzie do tego czasu jeszcze dzieliło nas kilka dni, ale już teraz należało rozważyć czy wystarczy nam na wszystko czasu. Bardzo chcieliśmy przekroczyć granicę Sahary zachodniej i pojechać trasą Abattekh - Asmara - Al Farssia - Assa jednak to było kolejne 700 kilometrów podróży.

Sahara Zachodnia

Być może dalibyśmy radę objechać to w jeden dzień, ale oferta noclegów na końcu tej trasy była lekko mówiąc znikoma. Tak czy siak doliczając choćby tylko ten jeden dodatkowy dzień wychodziło na to, że do domu trafimy dopiero 1 listopada i to niekoniecznie rano. Ostatecznie rezygnujemy z tej trasy i wybieramy kierunek Tata i Foum Zguid.

 

Trasa Tantan - Kulmim - Tata - Foum Zguid

Z tego też powodu część trasy, aż do Kulmim, pokonujemy ponownie, tylko w przeciwnym kierunku. Tym razem patrolu policji nie odwiedzamy. Przed nami 576 km trasy i przynajmniej 7 godzin jazdy.

 

Foum Zguid

Jest sobota, 25.10.2025r., stan licznika Audi-Africa wynosi 345 680 km. Wyruszamy w dalszą drogę dokładnie o godzinie 12:28. Dzisiejsza trasa prowadzi drogami N1 do Kulmim, następnie N21, R117 i P1310, później R102, N17/N21 do Tata i dalej do Foum Zguid i przebiega głównie przez tereny pustynne, widoki psuje jedynie asfalt, ale wkrótce i to się ma zmienić.

Pustynny krajobraz z ekspresówką

 
Zbiornik wody

Rondo im. Walczących Wielbłądów

Kawiarnia

Sklep budowlany na pustyni

"Dbajmy o czystość drogi"

Trasa N1


Z daleka wyglądało jak pocisk międzykontynentalny

Mijają kolejne kilometry, pustynne widoki cieszą nasze oczy, saharyjski krajobraz hipnotyzuje – bezkresne piaski, niebo bez granic. Droga przecina bezludne tereny, a na poboczu pojawiają się znaki – ostrzeżenie o jeleniach o dziwnym wyglądzie.

Uwaga na jelenie

Kończy się też asfalt i choć droga była do tej pory idealna, to tym razem cieszymy się ze zmiany. Dzięki temu jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat pustyni, nic nie zakłóca widoku - to jest dokładnie to, czego oczekiwaliśmy na tej wyprawie.

To jest ten klimat

Chwilę później wpadamy na niesamowity widok, tuż obok naszej drogi pędzi całe stado takich "jeleni" jak na znaku. Dosłownie blisko setki.

Stadko przy drodze R117

I dalej stadko

I jeszcze Olek ze stadem
 
 

A tu wielbłądy w ruchu

Pustynia

Audi - Africa na pustyni

Kierunek Bytom


Kolejne kilometry i mijamy jakieś miasteczko. Od razu widać, że gdzieś tu musi być nieco wody, bo robi się trochę zielono.

Wioska Taghjijt z wadi Oued Siyad, na trasie R102

Wadi to arabska nazwa oznaczająca suchą dolinę na terenach pustynnych, która wypełnia się wodą tylko podczas rzadkich i gwałtownych opadów deszczu. W mijanej miejscowości widać było resztki takiej wody (do tej pory wszystko co mijaliśmy było wyschnięte).

 

Woda

Mijały kolejne kilometry, pojawiły się kolejne widoki, raz wzgórza, raz wzniesienia, innym razem znowu tereny płaskie aż po horyzont. Nadal roślinność pojawiała się sporadycznie.

Prosta droga

I kolejny odcinek drogi

Coś jakby płaskowyż

Osiołek

Gdzieś koło godziny 17:00 zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Przy drodze pojawiły się palmy i możliwość zjazdu w to miejsce. Chwilę później mogliśmy coś spokojnie zjeść i wypić a przy okazji zrobić kilka klimatycznych fotek.

Nasza oaza

Edek

Palmy

Disco Oaza

Kufa, nie po sionym


Znowu coś w stylu płaskowyżu

I coś co nas rozwaliło - środek pustyni, wokoło zero zabudowań, do najbliższej wioski jakieś kilkanaście kilometrów i ... ścieżki rowerowe 😮

Ścieżki rowerowe na pustyni 😵


Dziesięć minut później mijamy miasteczko Mama ... eee nie Tata (godzina 18:37), na liczniku mamy już 346 112 km, a do kwatery Raid Assia Foum Zguid docieramy o 20:30. Tym razem jasiek został w samochodzie, ale trzeba przyznać, że chyba niepotrzebnie.

 

Kolejne łoże małżeńskie

I to dla trzeciego

Łazienka

Ręcznik Riad Assia

Raid Assia to dosyć spory obiekt w klimacie berberyjskim, gdzie ściany budynku wyglądały na oryginalne, tradycyjnie wykonanie -  ze słomy i gliny. Obiektem zajmowała się grupa miłych Marokańczyków z którymi zaczęliśmy rozmowy jeszcze podczas jedzenia kolacji. Cena za naszą trójkę ze śniadaniem to 48,45 EUR.

Nie, to nie kolacja. Ropucha zielona północnoafrykańska (Bufotes boulengeri)

 

Wkrótce biesiada przeniosła się poza mury obiektu (ze względu na ciszę nocną i innych gości) i tam dyskutowaliśmy jeszcze kilka dobrych chwil, a przy okazji przymierzyliśmy berberyjskie "turbany" czyli Sheshe (wym. szesze).

 

Nawijanie Sheshe - jak widać nie jest to prosta sprawa 

Po chwili (Ali)Edek-Baba 

 

Shesh - jest to długi, bawełniany szal (często mający 3 do 5 metrów, a u nomadów nawet 10 metrów), który owija się wokół głowy i szyi, genialny wynalazek pustynny. 

Czysty Sindbad
 

Warstwy materiału izolują głowę od upału (działają jak termos), a luźny splot pozwala na cyrkulację powietrza. Owinięcie twarzy chroni przed wysuszającym wiatrem i piaskiem, a także zachowuje wilgoć z oddechu, co zapobiega odwodnieniu.
 

Impreza berberyjska

Jeszcze przez chwilę posiedzieliśmy, skosztowaliśmy berberyjskiego bimbru, porozmawialiśmy o ewentualnym wypadzie na nocleg na pustyni i poszliśmy spać.

Edek jakoś inaczej ten turban zawiązał

 
Gidzia salut

Tymczasem w Polsce nastąpiła w nocy zmiana czasu z letniego na zimowy i tym sposobem cofając zegarki o godzinę czas został zrównany z czasem w Maroko.

Zmiana czasu

Rano jednak stwierdziliśmy, że wycieczka na pustynię pod namioty i pozostanie na kolejną noc niestety odpada - czasu zbyt mało, a i cena jaką zaproponowano (450 EUR za nasza trójkę), nieco przekraczała średnią za takie przyjemności. Pozostało nam zjedzenie śniadania i zrobienie kilku fotek okolicznych zabudowań. 

Wg tubylców zabudowa ma około 400 lat

Jednak trudno uwierzyć, że zlepek słomy, gliny, ziemi, piasku a nawet odchodów mógłby tyle wytrzymać bez konserwacji

Tarasy ...

... i salony

Największy basen w jakim nie pływaliśmy

Wejście

Szyld Riad Assia

Parking


O jedenastej wyruszamy dalej, tym razem w kierunku Warzazat. Za kółko wsiadam ja, licznik wskazuje 346 250 km, a do przejechania mamy 366 km i jakieś 6,5 h jazdy. 

 

 

Warzazat (Ouarzazate) i Ouzoud

Warzazat (często zapisywane jako Ouarzazate) to miasto na południu Maroka, nazywane „Bramą Pustyni”, leżące w punkcie, gdzie góry Atlasu Wysokiego stykają się z Anty-Atlasem i pustynią.

Brama Pustyni 😂
  

Dziś w takim układzie w Audi-Africa
 

Trasa prowadzi przez góry i doliny, ale nadal jeszcze jest całkiem przyjemna i znośna. Mijamy także niewielkie miejscowości lub ich pozostałości. Po drodze spotykamy m.in. kozice górskie czy przedstawicieli lokalnych mieszkańców. Poniżej kilkanaście fotek z samej trasy.

 

Koźica

Marokanka

Stare mury

Wzgórza

Droga

Kozice

Krajobraz w lusterku

Pustka

Miasteczko na tle gór

Znowu droga

Nieliczna zabudowa

Wzniesienie

Znowu jakieś ruiny

Nic

Droga w góry

Znowu kozy

Pagórki

Jakieś coś, jakby płaskowyże

Pod górkę

Kolejny płaskowyż


Zanim docieramy do centrum Warzazat trafiamy na dzielnicę miasta, która się dopiero buduje, jednak przed powstaniem budynków zaplanowano i zbudowano już szerokie ulice i skwery. Wyglądało to nieco dziwnie, ale z biegiem czasu powstanie tu bogata dzielnica z nowoczesną zabudową. Tu też zrobiliśmy krótki przystanek (13:20), a licznik wskazuje 346 395 km.

Nasza miejscówka na krótką przerwę

 
W tle elektrownia Noor

Do centrum docieramy przed czternastą i zwiedzanie zaczynam od ... szukania toalety💩, niestety po raz pierwszy od początku pobytu coś mi zaszkodziło (pewnie owoce z którego pędzili bimber były nie umyte 😁). Jak się później okazało cała nasza trójka miała w tym dniu problemy (ale tylko ja wyszedłem z wc z "ogonem" z papieru).

 

Gliniane wyroby

Mury fortecy

W samym centrum miasta stoi Kasbah Taourirt, gigantyczna forteca z gliny (pisé), należała do rodu El Glaoui (potężnego paszy Marrakeszu, który "trząsł" południem Maroka w czasach kolonialnych). Labirynt korytarzy, zdobione wieże i geometryczne wzory na murach.

Garniec - już bez złota

Brama

Gliniana zabudowa fortecy

Mury fortecy

Kolejna część fortecy


Kolejna brama


Warzazat to także marokańskie Hollywood ("Ouallywood"), stolica afrykańskiej kinematografii. W mieście i okolicach znajdują się wielkie studia (np. Atlas Studios), gdzie można zwiedzać stare plany filmowe. 

Kamera
 
Ośrodek wypoczynkowy w Warzazat - z czynną toaletą ratującą życie

Bramy Atlas Studios

Mury studia

Egipski T-bożek

Egipski E-bożek

Egipski A-bożek

Filmy kręcone w tym studio

Plan studia Atlas

To tutaj kręcono sceny m.in. do Gladiatora, Gry o Tron (Yunkai i Pentos), Królestwa Niebieskiego, Mumii czy Lawrence'a z Arabii.

 

A tu kilka przedmiotów rzekomo z planu filmów

Jeden z nich pojechał z nami do Polski

Już na wiele kilometrów przed miastem na horyzoncie widać było dziwny świecący obiekt. Jak się okazało jest to elektrownia Noor Ouarzazate Solar Complex – jedna z największych elektrowni słonecznych na świecie. 

 

Elektrownia Noor Ouarzazate Solar Complex

Elektrownia Noor Ouarzazate Solar Complex z innego miejsca

I jeszcze dalej

A tu całkiem blisko

I znowu elektrownia Noor Ouarzazate Solar Complex

Wygląda jak scena z filmu sci-fi: tysiące gigantycznych luster na pustyni, a pośrodku wielka, rozświetlona wieża. To punkt orientacyjny na wiele kilometrów wokoło, istna pustynna latarnia morska.

Ruszamy dalej i tuż za miastem tankujemy paliwo (56 litrów, 620 MAD), jest godzina 15:37, a licznik wskazuje 246 418 km. Do celu, czyli do Ouzoud, pozostaje nam 4,5 h jazdy, mapa wskazuje dwie trasy o podobnym czasie, więc wybieramy tą krótszą (o niemal 60 km). Niestety, jak się później okazuje, mapa nie ostrzega o panujących tam remontach.

Googlowska pułapka

Jeszcze początek trasy był przyjemny, z pięknymi widokami, choć im dalej tym trasa prowadziła coraz bardziej krętymi, górskimi drogami.

Kolejne kilometry trasy
 
Kolejny raz elektrownia słoneczna w tle

Piękne widoki na trasie

Jednak później droga stała się tragiczna, asfalt dziurawy jak sito, dziury głębokie na pół koła, jazda sprowadzała się do omijania tych większych i powolnego przejeżdżania przez te mniejsze, aby nie uszkodzić zawieszenia, felg czy ogumienia. 

Początek złej drogi - tu jeszcze niemal idealna

Do tego co chwilę ostre zakręty i raz wspinaczka ostro w górę, raz w dół. Chyba jeszcze nigdy tak długiego odcinka nie jechałem na dwójce czy jedynce.

Jedna z wielu serpentyn na trasie N23 - i znowu za kółkiem ja 😃
 

W pewnym momencie napotkaliśmy zaawansowane prace drogowe, zupełny brak asfaltu (to akurat było zbawienne i dużo lepsze niż te dziurawe resztki), na skarpach nad nami koparki ryły górę i przerzucały skały, a odłamki sypały się prosto na trasę. Momentami drogi były zupełnie nieprzejezdne i sprzęt robił nam szlak "ad hoc" - spychacz torował przejazd przez rumowisko skalne.

Asfalt - jaki asfalt?!

Rumowisko odłamków skalnych

Prace drogowe

Ciężki sprzęt ryje drogę

Za chwilę będzie przejezdne

Do kompletu dodać można jeszcze zupełny brak oznaczeń, czasami pojawiały się znaki ostrzegające o pracach, ale w większości przypadków, gdy przez moment droga była znośniejsza, nagle za zakrętem asfalt się gwałtownie urywał. Jedyne pocieszenie to takie, że Audi - Africa ma pancerne zawieszenie i jakoś to przeżył.

Kozie stadko

Przerywnik na trasie

 
Kolejny odcinek bez asfaltu

Widoki rekompensują trudy trasy

Kolejne widoczki

Niebo coraz bardziej różowe

Wkrótce zachód

Przejazd trasy N23 zamiast trwać 4,5 h, zajął o prawie 2 h dłużej. Niestety google mapa zupełnie nie odnotowuje na tym odcinku zaawansowanych prac budowlanych i nie widzi tam także korków czy zastojów. 

Już pod sam koniec jazdy, kiedy byłem mocno zmęczony i spiesząc się na miejsce, na jednym z zakrętów prawe koła wyjechały poza krawędź jezdni (asfalt nierówny i poszarpany jak wszędzie na trasie) i auto mocno uderzyło zawieszeniem. Na szczęście, mimo dosyć dużej prędkości, nic nie zostało uszkodzone (choć prawdopodobnie wtedy zarysowałem tylną, prawą felgę od wewnętrznej strony).

Wreszcie koło 21:30 (!) dojeżdżamy do naszego hotelu Cascades d'Ouzoud - Ighbola, gdzie parkujemy i po chwili idziemy na wieczorne zwiedzanie wodospadu.


 

Wodospad by night

I z innego ujęcia

Po krótkim spacerze wracamy do pokoju, zjadamy kolację i odpoczywamy w naszym apartamencie. Ocena "jaśkowa" - całkiem ok, więc tym razem śpi z nami w pokoju. I znowu zaskakuje nas cena - 245 MAD czyli około 24 EUR za pokój ze śniadaniem dla 3 osób i to dosłownie może z 300 metrów od głównej atrakcji!

Tym razem trzy osobne łóżka
 
Jakaś mata na ścianie

WC

Umywalka

Internet "bezprzewodowy"

Prąd "bezprzewodowy"

Korytarzyk

O godzinie 9:30 zeszliśmy na śniadanie. Oczywiście zaskoczenia nie było - typowe marokańskie przysmaki.

Taras przed hotelikiem

Marokańskie śniadanie

Po zakończeniu śniadania jeszcze mały obchód samochodu, czy w dzień nie widać jakichś uszkodzeń (wszystko ok) i spacer nad wodospad.

Audi po przejściach


Cascades D'Ouzoud

Ouzoud to miejscowość, która głównie słynie z wodospadów. Wodospady Ouzoud to jedna z najpiękniejszych naturalnych atrakcji Maroka, położona w górach Atlasu Średniego. Woda spada kaskadami z imponującej wysokości 110 metrów, co czyni Ouzoud jednymi z najwyższych wodospadów w Afryce Północnej. 

 

Widok na dolinę z góry nad wodospadem

Selfie z dolinką

Selfie z wodospadem

Kaskady
  

Nazwa "Ouzoud" w języku berberyjskim oznacza "oliwkę", co nawiązuje do licznych gajów oliwnych otaczających to miejsce. Woda kontrastuje z rdzawoczerwonymi klifami z piaskowca i bujną zielenią, tworząc niesamowity, fotogeniczny widok. 

Widok podczas zejścia

Wodospad i panorama doliny 

Olek na tle wodospadu

Tomek na tle wodospadu

Kolejny charakterystyczne obrazek dla Ouzoud to ... Osioł. Niestety, los marokańskich osłów bywa ciężki. Często pracują ponad siły w upale, są objuczone ciężarami przekraczającymi ich wagę i bywają brutalnie traktowane. W Ouzoud, gdzie różnica poziomów wynosi ponad 100 metrów, a ścieżki są strome, kręte i schodkowe, osły są jedyną "windą towarową".

 

Edek (z lewej) i juczny osioł

Towar zabezpieczony przed Makakami

Osły z Ouzoud to prawdziwi alpiniści, są niesamowicie pewne w stawianiu kopyt na wyślizganych, stromych stopniach. Często idą same, bez prowadzącego, bo znają trasę na pamięć – wiedzą, do której restauracji mają dojść i gdzie się zatrzymać. 

 Zdalnie sterowany osiołek

Często można tu zobaczyć tęczę powstającą w mgiełce wodnej. Wielką atrakcją (choć czasem uciążliwą) są makaki berberyjskie (magoty). Żyją dziko w okolicznych drzewach i chętnie schodzą do turystów, licząc na orzeszki. Próbują też okradać idące osły z niezabezpieczonego towaru.

 Iskające się Makaki 

Olek z małpą

 Małpa na plecach

Makaka i "goryl"

 

Na dole znajduje się metalowa kładka w rdzawym kolorze (to efekt osadów z gleby i skał, które niesie ze sobą rzeka), na której nawet z takiej odległości czuć na twarzy mgiełkę wodną. Zresztą rosnące tu drzewa też są w kolorze brązu.

 

Rdzawy mostek

I znowu mostek

Są też tratwy – ozdobne pływające platformy z ławeczkami, które podpływają pod samą kaskadę wodospadu. Choć kąpiel jest tu dozwolona, kolor wody sprawia, że jakoś nikt z nas nie palił się do bliższego kontaktu z tą "czekoladową" rzeką.

Tratwa

Dolinka

Tratwa pod wodospadem

Poza tym są też restauracje, do których osiołki z trudem transportują zapasy – my jednak nie zamierzaliśmy wspierać właścicieli w tym wyzysku.

 

Kolejny przystanek na naszej mapie to Fez - według map google to 362 kilometry i 6 godzin i 45 minut jazdy.

 

Fez  

Jest poniedziałek 27.10.2025r. godzina 12:15, stan licznika 346 632 km. Wyruszamy z Ouzoud do Fez. Po drodze stwierdzamy, że nam zeżarło niemal 3/4 internetu z drugiej paczki 10 GB - coś jest nie tak, bo od ostatniego doładowania pilnujemy się, aby nie oglądać w trasie filmików i nie wysyłać na wspólną grupę naszych zdjęć na danych komórkowych, a przecież mapy google mamy offline. Szybka analiza i dochodzenie i okazało się że Edkowy (sr)ajfon ma włączoną opcję ładowania wszystkich zdjęć i filmów prosto do "chmury" 😁.

Widać, że kierujemy się na północ
 

Okolica robi się bardziej zielona
 

To co z daleka wygląda na kępy traw
  

Okazuje się kaktusami

Początek drogi dalej przez góry ale już po normalnym asfalcie, a później zwyczajne drogi aż do samego celu (no tak, dziś ja nie prowadzę 😂). 

 

Zdobywca Maroko

Górska ścieżka

I normalny asfalt i zakręt 180°

Zwyczajna droga

Jakieś 100 km za Ouzoud w miejscowości Al-Fakih Bin Salih urywamy w końcu brzęczącą blachę - osłonę tarcz z tylnego lewego koła. Okazało się, że to nie skutek dziurawych dróg, a znak czasu (przeżarła ją rdza po 30 latach). 

 

Gdzieś tu w Al-Fakih Bin Salih pozostała na zawsze część Audi-Africa
 

Jadąc dalej co jakiś czas spotykamy ciekawie zapakowane samochody, można rzec mistrzowie pakowania 😁

Jeden

Drugi

Trzeci

Czwarty

Piąty

W połowie drogi robimy sobie piknik na poboczu i kilka fotek. Gotujemy wodę na Edkowej kuchence i Olkowym czajniczku i pijemy kawę oraz zjadamy "obiad".

 

Góry płoną

Małe nawiązanie do wyprawy Złombolowej

 

Ostatnie zapasy z Polski

Edkowa kuchenka i Olkowy czajniczek

Koło 16:30 ruszamy dalej i już bez większych (ani mniejszych) niespodzianek docieramy do celu czyli do Fez. Tu jednak okazuje się, że wybrany nocleg znajduje się w samym centrum i to w dodatku w uliczkach starej medyny! Już podczas dojazdu zatrzymało nas kilku samozwańczych parkingowych i poinformowało, że dalej wjazdu nie ma i trzeba stanąć tutaj. Parking oczywiście płatny, ale przynajmniej mieliśmy nadzieję, że przypilnują gratów w samochodzie, bo najpierw poszliśmy szukać hotelu Maison Adam (i jak się później okazało bardzo dobrze zrobiliśmy).

Już po kilku krokach w wąskich uliczkach nasze telefony zaczęły się gubić i zupełnie nie radziły sobie z wyznaczaniem kierunku. W teorii hotel miał być już całkiem blisko, więc zagadaliśmy najbliższego przechodnia o drogę. Sami więc podłożyliśmy się pod najstarszy numer w tego typu krajach, czyli próba oprowadzenia nas po wszelkich zakamarkach medyny, tak aby stracić zupełnie orientację i wyprowadzenie z labiryntu do celu za odpowiednią opłatą. Jednak w porę się zorientowaliśmy i Olek "zadzwonił" do właściciela hotelu i zasymulował odpowiednią rozmowę. Byliśmy jeszcze na tyle zorientowani, że udało nam się wyjść z labiryntu uliczek i ponownie poprosić o pomoc tym razem kobiety z dzieckiem, która z nami poszła pod sam hotel. Oczywiście był minutę drogi i 2 zakręty od nas. Do hotelu weszliśmy około godziny 20:00. Cena za pokój trzyosobowy ze śniadaniem na bookingu to coś około 37,5 EUR (w przeliczeniu 400 MAD).

Maison Adam

 
Wnętrze hotelu

Hol

W czasie gdy ja korzystałem z wc, pracownik recepcji stwierdził, że zaszła pomyłka i ma dla nas pokój, ale tylko dwuosobowy. Zaproponował drugi pokój, lecz za dodatkową opłatą (prawie drugie tyle) lub inny hotel o lepszym standardzie (taa jasne). Postanowiliśmy się naradzić, a w międzyczasie recepcjonista podobny kabaret odstawił z niemieckojęzyczną parką z tym, że oni zdecydowali się na zwrot kosztów. W takiej sytuacji zaleca się kontakt z bookingiem PRZED anulowaniem rezerwacji i wyjaśnienie sprawy - booking ma obowiązek zapewnienia innego hotelu o tym samym lub lepszym standardzie. Oczywiście nie załatwią tego w 3 minuty, więc postanowiliśmy zaryzykować i  zdecydowaliśmy się na propozycję zamiany hotelu i anulowanie rezerwacji. Wróciliśmy z recepcjonistą na parking (oczywiście skasowali nas kilka groszy) i pojechaliśmy do drugiego hotelu - Riad Dar Barae ... który ponownie był w starej części miasta na drugim końcu medyny Fez el-Bali. Była godzina 21:00, gdy przekraczaliśmy wejście.

 

Wejście do Riad Dar Bare

Po załatwieniu formalności poszliśmy na pobliski parking po nasze rzeczy. Tam spotkaliśmy menela z obitą mordą, który domagał się od nas alkoholu, bo przecież my z Polski to na pewno mamy. W zamian oferował pilnowanie auta, usługi przewodnika i inne rzeczy. Odmówiliśmy z tego choćby względu, że zostały nam opary naszych zapasów "mleka", pozbieraliśmy graty (tym razem bez jaśka) i poszliśmy do pokoju. Nasz apartament to klitka niecałe 3x3 metra i maleńka łazienka.


Toaleta

Klitka i nasza ostatnia butelka "mleka"

Widok z drugiego rogu apartamentu


No to co w tym nowym hostelu po drineczku i w drogę na miasto. Oczywiście większość targowisk i sklepików była już zamknięta, a tubylcy tylko czekali na naiwnych turystów. Szliśmy w dół uliczki, aby zobaczyć Garbarnie Chouara ale zaraz usłyszeliśmy "no exit, gate is closed, comon". Powtórka z rozrywki, ponownie daliśmy się złapać na "przewodnika" - no i byliśmy już straceni. Udało nam się odgonić od naganiacza, ale zostaliśmy w labiryncie mediny. Próbowaliśmy dotrzeć do głównej alejki, lecz tylko zagłębialiśmy się dalej w labirynt uliczek. Ostatecznie skorzystaliśmy z pomocy innego pomagiera, który wyglądał schludnie i podprowadził nas pod sam hostel. Dostał całe nasze drobne czyli 12 MAD czym oczywiście nie był zachwycony.

Garbarnie Chouara, źródło:wikimedia.org

Garbarnia Chouara (Chouwara Tannery) w Fezie to jedna z najstarszych i największych garbarni skór na świecie, działająca od IX wieku w medynie Fez el-Bali, bez użycia nowoczesnych maszyn. Pracownicy ręcznie przetwarzają skóry zwierząt (wielbłądów, krów, kóz, owiec) w okrągłych kamiennych kadziach: najpierw w białych z amoniakiem i odchodami gołębi do usuwania tkanek, potem w kolorowych z naturalnymi barwnikami (mięta, szafran, indygo, maki). Skóry suszą się na dachach i murach, często w żółtych "łatach" z kozy lub wytrzymałych wielbłądów.

O 9:30 zjedliśmy "średnio obfite" śniadanie, które podano na górnym piętrze budynku, a następnie spakowaliśmy graty i poszliśmy na parking, aby je zapakować do bagażnika.

Skromne śniadanie

 
Wewnętrzny hol

Taras na dachu

Idąc do auta, jeszcze nie wiedzieliśmy, co za moment zastaniemy. Otwarliśmy bagażnik i zaczęliśmy układać graty w środku, gdy Edek wypalił: "Panowie, nie mamy powietrza w tylnym prawym kole". Olek spojrzał i stwierdził: "Nie ma źle, brakuje tylko na dole, a po bokach i u góry jest 😂". Cóż było robić, koło zapasowe na samym dnie, więc wyciągnęliśmy wszystko z bagażnika i zabraliśmy się za wymianę koła. Znaczy Olek i Edek wymieniali, a jak dokumentowałem 😎.

Wymiana koła (10:40)
 

Po oględzinach koła zobaczyliśmy od wewnętrznej strony rysy na feldze i kilka drobnych kamyków wciśniętych między felgę a oponę. Stwierdziliśmy, że to prawdopodobnie po mojej przygodzie ze zjechaniem z asfaltu, powietrze delikatnie schodziło przez te dwa dni. Wystarczy wyskubać kamyki i dopompować na najbliższej stacji. Wyruszyliśmy z Fez 28.10.2025r. ok 11:00, stan licznika to 347 005 km, kierunek Szafszawan i Tetuan. Trasa liczy 409 km i nieco ponad 7 godzin jazdy.

 Fez - Szafszawan - Tetuan


Szafszawan - Tetuan

Na najbliższej stacji o 11:30 tankujemy paliwo (39L i 420 MAD) i pompujemy koło. Za kółkiem siada Edek i ruszamy dalej. 

Gdzieś około godziny 12:55 Edek nieco się zagapił i ... Policjant 👮 zaprasza na bok. No do trzech razy sztuka i jednak padło na każdego po kolei. Szyba w dół i Edek po polsku zaczyna, że jedziemy do Ryśka, do Ryśka. Nie zna angielskiego, nie zna francuskiego, tym bardziej arabskiego, ale dalej o tym Ryśku nawija. I o dziwo tym razem Policjant machnął ręką i kazał jechać. Tak jednak się to skończyć nie mogło i Edek zamiast mandatu dostał przykaz zakupu butelki mleka na dzisiejszy wieczór w cenie mniej więcej 150 MAD, czyli jak na marokański mandat przystało. 

Brama tuż przed wjazdem do Szafszawan
 

Około 14:30 dojeżdżamy do miasteczka Szafszawan (Chefchaoun). Słynie ono z niebiesko malowanych domów, schodów i murów w medynie – od jasnego błękitu po głęboki kobalt. Niebieski kolor wiąże się m.in. z tradycją żydowską (symbol nieba i Boga) oraz ma chłodzić i odstraszać owady.

 

Huśtawka delux z widokiem (płatna)

 

2/3 ekipy

A tu 1/2 ekipy (reszta ucięta)

 

My jakoś nie do końca

Rondo im. Samotnych Niebieskich Drzwi

Sosnowiec w wersji blue

Zrobiliśmy kilka zdjęć - najpierw samej panoramy miasta, a później jeszcze kilka fotek po drodze z samochodu. Jakoś nas niebieski klimat nie zachwycił i nie przekonał do tego, żeby zrobić sobie przerwę na zwiedzanie uliczek. Być może gdzieś w głębi miasteczka pośród labiryntu medyny byłoby inaczej, a tak stwierdziliśmy, że przecież jakby kupić cysternę farby i obmalować taki Sosnowiec, to też mógłby konkurować z Szafszawanem.

Parowalcem w piękny rejs, Walcem na parę w piękny rejs,
Przy wtórze klątw bosmana, głośnych krzyków, aż od rana,
Tak śpiewnie dusza łka

 

Kilka kilometrów dalej o 15:30 niespodziewanie zaczyna kapać deszcz z nieba! To naprawdę zaskakujące, bo ten suchy i słoneczny kraj znany jest raczej z ciepłych, suchych miesięcy jesiennych. Przypomina nam to, że zbliżamy się nieubłaganie do kresu naszej przygody w Maroko i Europejski klimat jest coraz bliżej.

Deszcz jaki jest każdy widzi

Zanim dotarliśmy na miejsce naszego ostatniego noclegu odwiedzamy jeszcze po drodze Carrefour w centrum Tetuan i Edek kupuje "mleko" w ramach mandatu 😁. Przy okazji menel, który marudzi, że chce na piwo, zostaje pouczony przez Edka, żeby poszedł do pracy tekstem: "Kopy Rować!".
 
Ładny mercol - tył

Ładny mercol - i przód

 
Tetuan, położone w północnym Maroku, powstało w XV wieku jako schronienie dla muzułmanów i Żydów uciekających z Hiszpanii po rekonkwiście, na ruinach starożytnej osady Tamuda z czasów fenickich i rzymskich. Medina Tetuán, wpisana na listę UNESCO, podobno zachwyca andaluzyjską architekturą z białymi domami i wąskimi uliczkami, będąc symbolem mieszanki kultur arabskiej, berberyjskiej i hiszpańskiej, jednak w perspektywie 3500 km jazdy powrotnej, chcieliśmy spokojnie odpocząć i nie w głowie nam było zwiedzanie kolejnych uliczek. Na miejsce do Tetuan Maliana Star docieramy około 18:00. Cena pokoju ze śniadaniem to około 43 EUR, warunki bardzo fajne, jasiek śpi w pokoju.

Hol z jednej

I z drugiej

Nasz pokój

Łazienka

Widok


Niestety przy okazji wyciągania rzeczy z auta stwierdzamy, że nasze koło ma znowu flaka. Już w tym momencie mamy niemal pewność, że to jednak nie była wina uderzenia, a coś innego (między uderzeniem, a pierwszym flakiem minęło 2 dni, a teraz zeszło w kilka godzin). Trzeba będzie rano jeszcze ogarnąć wulkanizatora. Śniadanie kończymy koło 9:00 i ja z Olkiem jedziemy jeszcze na zakupy oraz ogarnąć koło.
 
Ostatnie marokańskie śniadanie

 
Kiwi

Avokado

Smoczy owoc, kokosy i inne owoce

Mango

Avokado

Kolejne Avokado

Może ktoś się zastanawiać, po co to wszystko targaliśmy Audicą aż z Afryki do Polski - po pierwsze owoce są większe i smaczniejsze niż u nas (poniżej porównanie Avokado). Po drugie cena - te, które widać to ceny w dirhamach za kilogram, nie za sztukę. A po trzecie trzeba było się odkuć za te przepłacone owoce na początku wypadu 😂.

Z lewej duże avocado Hass kupione w Polsce, z prawej zielone z Maroka

A tu cena Pitahaja (Pitaja inaczej Smoczy Owoc) w Polsce, za sztukę.

Po zakupach jeszcze szybka naprawa opony. Okazało się, że to nie w miejscu uderzenia coś się stało, a po prostu ... dziura od noża tego menela z Faz. To chyba jedyna sytuacja, która stawia miejscowych w złym świetle, nigdzie indziej nie spotkaliśmy się z jakąś niechęcią, czy wrogością (jakiś pojedynczy nachalny sprzedawca, czy próby zrobienia nas na "przewodnika" to bardziej przygoda niż cwaniactwo). No nic, 50 MAD i prędko do hotelu po Edka i pakowanie gratów na podróż powrotną. I kilka fotek na pożegnanie.

WE

LOVE

MOROCCO



Pożegnanie z Afryką

Jest środa 29.10.2025r. godzina 12:00, na liczniku 347 283 km - ruszamy z pod hotelu Maliana Star do portu Tanger Med. To raptem 65 km i jakiś 75 minut jazdy. Na koniec jeszcze tankujemy afrykańskiego diesla i możemy jechać na kontrolę graniczną przed wejściem na prom.

W drodze do promu
 
Kontrolny rentgen a potem przeszukanie z psem

Przy okazji francuski "Złombol" tylko dla pań

To też nie nasz

Jakoś koło 15:15 siedzimy już na promie. Zjadamy szybki posiłek po którym zanoszę niepotrzebne graty do auta na dolny pokład, a gdy wracam mega zaskoczenie. Droga powrotna na górę odcięta kratą, błyskawicznie poczułem się jak druga klasa na Titanicu, której załoga nie chciała wypuścić na pokład. Wołam, gwiżdżę (moja żona pewnie pęka ze śmiechu, bo wie jak ja cicho wołam i gwiżdżę) i nic. Naciskam jakiś przycisk, macham do atrapy kamery - nic. Po dłuższej chwili pojawił się ktoś z obsługi na szczycie schodów, włączył otwieranie drzwi bocznych i powiedział, że mam przejść przez środkowy pokład. Otwierają się drzwi a tam ... buda z tira i wąsko jak cholerna. Jakoś się przeciskam czyszcząc przodem koszulki tira a tyłem ścianę promu. Chłopaki znowu mają ze mnie bekę 😂.

 

Jeszcze zanim mnie zamknęła obsługa

O 16:10 ruszamy w stronę Europy. Jednak to jeszcze nie koniec przygód na samym promie, bo po drodze zaskakuje nas burza z piorunami. Jeden z nich uderza tak blisko (może i w sam prom), że mieliśmy wrażenie, że prom aż podskoczył. Oczywiście wszystkie dzieci w płacz, a z nieba lały się strumienie wody. 

Niby tylko trochę pochmurno - "10 w skali Beauforta"

 

O 17:55 dokowanie do portu a wyjazd z samego promu o 18:25. Na pożegnanie obsługa promu popisuje się jeszcze znajomością języka polskiego ("co jest kufa") i jesteśmy na lądzie. Licznik po stronie Europy pokazuje dokładnie 347 344 km, do domu pozostaje jakieś 3 350 km.

 

 Trasa powrotna (należy włączyć opcję "omijaj drogi płatne", bo jak zwykle się przestawia)

 

 

Powrót

Najkrótsza trasa powrotna do domu to około 3350 km. Nasze luźne plany, aby podczas wracania zobaczyć po drodze kilka ciekawych miejsc jak np. Paryż, legły w gruzach już jakiś czas temu - dwa tygodnie na Maroko to stanowczo za mało, aby móc zwiedzić choćby tylko połowę kraju, a żeby zobaczyć coś jeszcze po drodze, to już całkowicie nierealne. Ruszyliśmy więc najkrótszą trasą prosto do domu z tym, że tym razem już Francja miała być bez płatnych autostrad. 

Po jakichś 370 km, gdy Edek smacznie spał, Olek podając mi licznik (słabo go widać z miejsca pasażera) nieco zjechał na te grubo malowane pasy z pobocza i Edek miał gwałtowną pobudkę. Mimo, że to nie był efekt przysypiania, to jednak stwierdziliśmy, że należy nam się ze 4-6 godzin odpoczynku gdzieś po drodze w normalnym, w miarę wygodnym łóżku. Ja wskoczyłem za kółko, a Olek w tym czasie wyszukał coś z opcją bookowania 24h na dobę w pobliżu naszej trasy. Niestety kilkukrotne próby dokonania płatności nie przechodziły, więc mimo późnej pory (około 1-2 w nocy) postanowiliśmy tam podjechać i zapłacić na miejscu.

Lorca, chwilę później pojechaliśmy na nocleg w Villena

Podjeżdżając na miejsce wzbudziliśmy ciekawość miejscowego patrolu Policji (tak się składa, że w tym momencie ja siedziałem za kółkiem) i zanim się zorientowaliśmy to jechali za nami jakieś kilkaset metrów. W końcu nas zatrzymali, a ja już w duchu podliczałem ile będzie mnie kosztował mandat w EUR za jazdę 35 km/h na trzydziestce. Patrol poprosił o dokumenty, wypytał o to skąd jedziemy i dokąd się udajemy. Jak usłyszeli, że z Maroko to zapytali czy wieziemy zioło lub hasz (przykro nam ale nie), i dziwili się, że kierujemy się do centrum miasteczka. Wyjaśniliśmy, że na bookingu znaleźliśmy jakiś hotelik i tam jedziemy na nocleg. Po chwili oddali nam dokumenty i kazali jechać. 

Kilka uliczek dalej znaleźliśmy się na miejscu i okazało się, że nasz hotelik to normalna kamienica. Zadzwoniliśmy na domofon i po chwili byliśmy na klatce schodowej. Zadowoleni podeszliśmy pod drzwi (bodajże na II piętrze) i ... zobaczyliśmy 3 małe skrzynki z klawiaturą. Okazało się, że domofon to automat, a klucze do kwatery są wewnątrz tych skrzynek. Kod do ich otwarcia otrzymuje się od wynajmującego po opłaceniu noclegu na bookingu. A że z jakiegoś powodu płatność nie przechodziła to kodu nie otrzymaliśmy i pozostało nam tylko "pocałować klamkę" i wracać do auta.

Nie mamy zapisanej lokalizacji tego miejsca, ale było to gdzieś w okolicach miejscowości Lorca a Murcja, może nieco dalej, ale na pewno jeszcze przed Walencją. Także nie robiliśmy nocą zdjęć (a w wielu miejscach tego opisu korzystałem z odczytu metadanych z włączonej lokalizacji gps przy robionych zdjęciach) a kto by pamiętał takie szczegółowe informacje. Jednak chłopaki odnaleźli miejscówkę, było to jednak za Murcją w miejscowości Villena (C. Menéndez Pelayo).

Tu mieliśmy spać

 

Pojechaliśmy dalej (i jak dobrze pamiętam to na tym odcinku spotkały nas gęste mgły i miejscami trudno było cokolwiek zobaczyć dalej niż kilka metrów przed sobą) i jednak tak czy siak musieliśmy się gdzieś chwilę później zatrzymać na jakieś 2-3 godzinki snu. Zatrzymaliśmy się około 5:30 (stan licznika 348 263 km) na stacji paliw w Benicarlo (jakieś 135 km za Walencją) z większym parkingiem i pospaliśmy do 8:10, zjedliśmy coś, zatankowaliśmy i o 8:40  i ruszyliśmy dalej (Olek prowadzi).

Tankowanie o 8:36 w Benicarlo

Niemal dokładnie w południe przejeżdżamy granicę hiszpańsko - francuską w miejscowości Perthus, a kwadrans później tuż za Boulou robimy sobie przerwę na kawę i chińskie zupki. Pogoda dopisuje, nadal słonecznie jednak to już nie jest Afrykański upał.

A jeszcze niedawno było 10 stopni więcej
 
Francja tuż za rogiem

W tle wschodnie Pireneje

GKS Szombierki

O 13:00 Edek wsiada za kółko i jedziemy spokojnie dalej, około 15:15 w miejscowości Paulhan za kółko wsiadam ja (stan licznika 348 784 km) i ... dla odmiany zaczyna się jazda przez "jakieś góry" (jak to Olek mówi "nie, to się nie dzieje"). Trasa (~240km) prowadzi przez środkową część "Masywu Centralnego" - Paulhan, Mende (D806) i Costaros i tam koło 18:45 robimy zakupy w Carrefour i za kółko wsiada Olek (349 024 km). Kilka minut później koło 19:20 Olek wchodzi ostro w rondo i zbieramy z podłogi paluszki 😁.

Pisząc ten opis dowiaduję się, że nadrabiając dosłownie 5 km mogliśmy wjechać na wiadukt Millau czyli jeden z najwyższych mostów wantowych na świecie, przerzucony nad doliną rzeki Tarn w pobliżu miasta Millau. Jednak prowadzi przez niego płatna autostrada A75, a nas nawigacja skierowała drogą obok (D809).

Wiadukt Millau źródło: tourisme-aveyron.com

Wiadukt Millau źródło: lazurowyprzewodnik.pl
 

Przenosi on autostradę A75 między płaskowyżami Causse du Larzac i Causse Rouge, stanowiąc kluczowy odcinek trasy z Paryża nad Morze Śródziemne. Ma długość około 2460 m, a najwyższy pylon wraz z masztem osiąga 343 m. Jezdnia przebiega średnio około 270 m nad rzeką Tarn. Oczywiście nawet gdybyśmy w nawigacji nie mieli omijania dróg płatnych to i tak nie trafilibyśmy na ten most, bo droga prowadziłaby zupełnie inaczej.

O godzinie 1:40 w pobliżu miejscowości Phaffans przy autostradzie A36, na parkingu "Aire de la Forêt" wsiadam za kółko ponownie ja. Licznik wskazuje 349 490 km, a do celu mamy jeszcze 1185 km i około 12 i pól godziny jazdy. Dałem radę przejechać z tego tylko 150 km 😂 i około trzeciej stanęliśmy na parkingu na kolejne odsypianie, tym razem już po niemieckiej stronie. O 5:10 ruszamy dalej, prowadzi Olek, a o 8:28 zmienia go Edek (stan licznika 349 966 km). 

Wschód słońca nad niemiecką autostradą

Niemcy płoną

Po drodze nasze kobiety wymyśliły, że chętnie wyślą nas na zakupy po "mniemieckie" proszki i inne pierdoły, bo po pierwsze lepsza jakość, po drugie sporo taniej niż w Polsce (co jest oczywiście prawdą). Edkowi wklepaliśmy w nawigację duży market w Dreźnie i spokojnie czekaliśmy, aż nas dowiezie i około 11:00 dojechaliśmy do celu. Przy okazji zwiedziliśmy (zza szyby AudiAfrica) kilka zabytków Drezna.

Staatliche Kunstsammlungen Dresden – Albertinum przy Tzschirnerplatz, neoklasycystyczne muzeum sztuki nowoczesnej i XIX‑wiecznej w Dreźnie

Dziedziniec przed Zwingerem w Dreźnie

Skrzydło Rezydencji Królewskiej z wieżą Hausmannsturm

Niestety nasze żony miały pecha, bo 31 października w Niemczech obchodzone jest Święto Reformacji (Reformationstag), upamiętniające rozpoczęcie reformacji przez Marcina Lutra w 1517 roku. Po odwiedzeniu kilku potencjalnie otwartych marketów, które jednak okazały się zamknięte, musieliśmy skapitulować i do domu wrócić z niczym (no nie do końca, przecież bagażnik już był zawalony drobiazgami z Afryki). Na koniec naszej wyprawy ostatni meczet na naszej trasie (już ponad 100 lat temu Niemcy wiedzieli co ich czeka 😂). 

Yenidze – dawna fabryka papierosów w Dreźnie

Oczywiście nie jest to meczet, a dawna fabryka papierosów w Dreźnie, zbudowana w latach 1907–1909 w stylu przypominającym meczet, z kopułą i „minaretem”, stąd przydomek „tobacco mosque”. Dawniej produkowano tu papierosy z orientalnego tytoniu z regionu Yenidze w ówczesnym Imperium Osmańskim, dziś budynek pełni funkcję biurowca z restauracją i przestrzenią wydarzeń pod szklaną kopułą.

Pozostał ostatni odcinek Drezno - Ruda Śląska czyli około 430 km. Do polski dojechaliśmy o 13:15 i zatankowaliśmy tuż za granicą w Zgorzelcu (Jędrzychowice, licznik 350 385 km), a potem już prosto pod robotę Olka. Tu dojechaliśmy 31.10.2025r. dokładnie o godzinie 17:04, licznik wskazywał całe  350 701 km

Przejechaliśmy dokładnie 9 908 km. Jak pamiętacie pierwszy zapis licznika mógł być te 2-3 km spóźniony, do tego dwa razy po 38 km promem, gdzie auto stało, ale przecież odległość rosła 😉. Dodajmy jeszcze średnio po 5-8 km z pod pracy Olka do domu każdego z nas i jakby nie liczyć to przebyliśmy w trasie 10 000 kilometrów!

Stan końcowy licznika
 

Spokojnie przepakowaliśmy graty z AudiAfrica do auta Edka i ruszyliśmy do domu. Każdy z nas zdążył pojawić się w domu zgodnie z obietnicą przed 1 listopada, a co poniektórzy zaliczyli jeszcze w tym dniu wizytę na cmentarzu 😂😇.

I cóż w tym miejscu żegnamy się z naszą przygodą z Afryką tak jak Karen Blixen i możemy liczyć na to, że zachowamy jak najdłużej wspomnienia z tej przygody. Ja znając swoje możliwości i znakomita pamięć rybki Nemo Dori, jak najszybciej i jak najdokładniej chciałem zapisać w obu częściach relacji z tego wyjazdu, bo nie minie wiele czasu i połowa szczegółów wyparuje a po latach pozostanie tylko mgliste wspomnienie. A tak przynajmniej będę mógł wrócić do tekstu i przypomnieć sobie ze szczegółami cały wyjazd. Oczywiście pozostaje kilka drobnych szczegółów, które zostały pominięte z różnych względów, ale to chyba normalne, że jednak pewne rzeczy pozostawiamy dla siebie.

Myśleliśmy wszyscy, że to koniec tej opowieści, tymczasem ...

 

Minęły dwa tygodnie a z Maroka przyszła dziwna wiadomość. Nie to nie zdjęcia z fotoradarów czy inne zaległe mandaty. To koleżanka Makaka przysłała filmik:

... nie mówi, nie pisze, nie dzwoni ...

Żona nie poznaje męża, który wrócił z wyprawy w dżungli. Jest smutny, nie odzywa się, patrzy smętnie w okno. Po długich namowach mąż wyznaje, że w dżungli zgwałcił go goryl:

- U, U, U!
Żona pociesza męża:
- Nie martw się, kochanie. Nikt się nie dowie. Wiemy tylko o tym ja i ty, a goryl przecież nie mówi.
Na to mąż:
- No właśnie, nie mówi, nie pisze, nie dzwoni
... 




K O N I E C

EDIT (02.01.2026r.):

Jeszcze krótkie podsumowanie m.in. dla ekip ze Złombola 2026:

- koszty promu na auto i naszą trójkę: 290 EUR - załatwiane przez neta (opis w pierwszej części)

- drogi - winietek na trasie brak, jedyne koszty autostrad jakie ponieśliśmy to na bramkach we Francji - bardzo wysokie patrząca na koszty winiet i dróg w innych krajach. Nam wyszło 90 EUR w jedną stronę za osobówkę. Dodatkowo w Maroko, gdzieś wpadliśmy w autostradę płatną przez nieuwagę ale spokojnie cały kraj do objechania bez kosztów drogami "od tragicznych po rewelacyjne". Sama jakość dróg jest przeróżna, zazwyczaj są to bardzo dobre drogi asfaltowe, jednak są też i bardzo kiepskie. W tekście macie dokładne opisy i trochę zdjęć jak to wyglądało, ale Maroko to kraj skrajności, możecie do miasteczka jechać drogą na której ledwo mieści się oś pojazdu i krawędzie są "obgryzione" tak, że co chwila auto spada poza asfalt i nagle, wjechać do niewielkiego miasteczka, gdzie droga rozszerza się do 3 pasów w jedną stronę. Są też trasy przez góry, gdzie ruch w zasadzie powinien być zamknięty, a tam nikt się tym nie przejmuje. Są też trasy szybkiego ruchu (równe jak stół) oraz płatne autostrady - lepsze niż nasze.

- paliwo - Audi-Africa to A6 2,5L TDi z 1996 roku, pali bardzo przyzwoicie, koszty są opisane w tekście ale mniej więcej trzeba liczyć 1 EUR za litr. Jak na Afrykę to i tak całkiem sporo, ale to nie Libia tylko na wpół europejskie Moroko. LPG było dostępne na stacjach, ale nie pytajcie w jakich cenach - zupełnie zapomniałem, aby zerknąć, ani też czy na wszystkich i czy potrzeba jakichś przelotek do tankowania. Mając diesla pod maską nawet nie wiem po ile tam była benzyna. Ogólnie koszt paliwa na te 10 tysięcy km wyniósł nas 3.860 zł z tym, że liczymy także tankowanie do pełna po przyjeździe na miejsce (czyli można odjąć te ~400 zł od ogólnych kosztów).

- internet - karta SIM kupiona jeszcze w Hiszpanii u Carlosa w Algeciras (tego od promu) 10 EUR za 10GB (Maroco Telecom), potem doładowania w samym Maroko 50 MAD (czyli około 5 EUR), choć wg wszelkich znaków na ziemi miało nas skasować 100 MAD za te 10GB. Dodatkowo polecam esima esim.sm - chyba obecnie jedyny esim z brakiem terminu ważności oraz działający praktycznie prawie na całym świecie - uratował nam dupę jak się net nagle skończył. Na obu kartach zasięg był wszędzie, co do Maroco Telecom - obsługa doładowań kiepska - tylko przez połączenia telefoniczne i automat po arabsku i francusku, smsy ze stanem konta to jakaś porażka. Pozostaje aplikacja "Monespace MT", która jest także tylko arabsko francuska, ale tam przynajmniej można wygodnie sprawdzać stan pozostałych GB. Doładowanie konta - nam pomagał miejscowy, bo było przy zakupie 7 różnych opcji i nawet on miał problemy z tym się połapać.

- jedzenie - braliśmy sporo ze sobą (bigos, konserwy, jakieś chińczyki), na miejscu kupowaliśmy owoce, jajka, tagine, pieczywo, wędliny itd. (mieliśmy lodówkę w aucie, więc piwo i alkohole zawsze zimne 😀, a mieściła jeszcze jedzenie). Koszty są niższe niż w Polsce w markecie, więc w zasadzie pomijalne. Co do alkoholu to raczej braliśmy ze sobą tyle, aby wystarczyło na cały wypad, jednak pamiętajcie o limitach wywozu z UE (nam się udało). Na miejscu można kupić alkohol raczej tylko w dużych marketach (np. Carrefour) i to zwykle nie bezpośrednio w głównej hali ale w odrębnej z osobnym wejściem. Cena najtańszego piwa to ok. 10 zł, jakiś najtańszy wiskacz 150 MAD (tylko kurde już nie pamiętam czy za 0,7 cz za litra).

- naprawy - tu za dużo nie mamy do opisania, bo jadąc 30 letnim Audi nawet nie braliśmy ze sobą części zapasowych. Jedyna naprawa to przecięta opona (nożem) - koszt 50 MAD.

- noclegi - linki i ceny są w opisie, spaliśmy w 10 miejscówkach, każda miała swój klimat, prawie wszystkie były w zestawie z typowym marokańskim śniadaniem. Koszty śmieszne, od od  18,6 EUR do 69 EUR łącznie za trzy osoby (i trzy śniadania). Nigdzie nie było robactwa w pokojach czy łazienkach, a noclegi zamawialiśmy na bieżąco z dnia na dzień przez booking. Było dużo ofert i na bookingu i na AirBnb, ale to był październik, gdzie już ruch turystyczny zamierał. W czerwcu może być trudniej (byliśmy w miejscowościach, gdzie pokazywały się tylko 2-3 oferty, natomiast w dużych miastach było ich setki). Co do wpisania w karcie pobytu (czy jak ona sie tam zwie), wypełnianej na promie to podaliśmy tylko miejscowość w której mniej więcej planowaliśmy pobyt (a ja chyba nawet wpisałem, że dziennie gdzieś indziej) - nikt się o to nie pieklił (co do podanych zawodów to też nikt się nie czepiał - kierowca, mechanik, informatyk).

- parkingi - ceny są niewielkie, w dużym mieście w samym centrum jest to około 10 MAD za godzinę, w takim Fez przy samej medinie, 30 MAD bez limitu czasu (i tu oczywiście pewnie do negocjacji, bo to samozwańczy parkingowi).

- policja - to już wiecie z tekstu, jest sporo patroli, ale głównie sprawdzają prędkość. Zwykle stoją na wjazdach i wyjazdach z miast, ale jak już wiecie z tekstu, zdarzają się też na totalnym zadupiu. Nikt nam nie badał trzeźwości, nikt nie grzebał w bagażach. Cena za mandat od 150 MAD (za przekroczenie do 10km/h - ja miałem przekroczenie o 6 km/h Olek o 9 km/h). Jak dobrze pamiętam to limity prędkości w miastach 50/60, poza zabudowanym 80, autostrada 120. Grunt, żeby odróżnić teren zabudowany od miasta (powodzenia 😂).

- temperatury - średnio około 25 - 30 stopni w dzień, nocami mniej. Nasze wypady nocne nie wskazywały, żeby schodziły do 15 stopni tak jak gdzieś widać na screenach. Chodziliśmy przez cały czas w krótkich spodenkach i krótkich rękawach i nie było potrzeby ubierania czegokolwiek więcej. A jak pamiętacie byliśmy tam w drugiej połowie PAŹDZIERNIKA. Termin czerwcowy Złombola - myślę, że spokojnie musicie się spodziewać dużo większych temperatur, niż w takiej Albanii w 2022 roku (45 stopni).  

Cały wyjazd dla trzech osób można zamknąć w okolicach 8 tysięcy zł. W tej kwocie nie wliczamy prowiantu zabranego z Polski (alkohol, konserwy, inne żarcie) i kosztu auta. Także ubezpieczenie auta i siebie to odrębna sprawa (polecam kartę platinum mastercard z PKO za 300zł/rok - ubezpieczenie kosztów leczenia na milion złociszy dla właściciela i członków rodziny). Co do auta, nie braliśmy ubezpieczenia na holowanie itp., bo jak to Olek stwierdził, że "i tak musimy tym autem wrócić, a ten silnik naprawimy wszędzie". Pamiętajcie, że to mechanik i wie czym jedzie i co jest w stanie sam zrobić (nie brał praktycznie narzędzi i części zamiennych), a warsztaty są tam praktycznie wszędzie. Noclegi można ograniczyć do spania w namiotach na dziko (nie wiem jak to wygląda prawnie w Maroko, ale kto Was znajdzie, gdzieś w na pustyni - tu bardziej bym się obawiał o jakieś skorpiony wchodzące do namiotu niż o kontrole).

Co do czasu potrzebnego na Maroko - ile byście nie przewidzieli dni to i tak będzie za mało. Przynajmniej po 2 dni musicie liczyć na dojazd z Polski do Maroko w jedną stronę. My na miejscu byliśmy 10 dni, a tak naprawdę nie zwiedziliśmy połowy kraju (już nie mówiąc o Saharze). Każde miejsce jakie zwiedzaliśmy spokojnie zasługiwało na jeszcze jeden dodatkowy dzień zwiedzania. Były też miejsca, gdzie planowaliśmy wstępnie pojechać, a na które nie starczyło czasu. A przecież na całość mieliśmy przecież "aż" dwa tygodnie.

W razie pytań szukajcie nas na FB - Gryfne Karlusy: Alek Sander lub PolTomski. 

 

 

 

Opis drugiej części powstał między 16 listopada a 28 grudnia 2025r.




Maroko 2025 cz. II

Druga część relacji z wyjazdu do Maroko  Pierwsza część relacji ( dostępna tutaj ) głównie dotyczyła największych miast Maroko. Dalsza podró...