Zebrana kwota

Zebraliśmy

7827 zł

z kwoty minimalnej (2022 zł)

bezpośredni link do wpłat na team Gryfne Karlusy

niedziela, 16 listopada 2025

Maroko 2025 cz. I

Maroko

Maroko to kraj położony w północno-zachodniej Afryce, znany z bogatej kultury, różnorodnych krajobrazów (góry Atlas, Sahara, wybrzeże Atlantyku i Morza Śródziemnego) oraz dynamicznie rozwijającej się gospodarki. W przeciwieństwie do Polski, Maroko jest monarchią konstytucyjną, gdzie kluczową rolę pełni król, natomiast Polska jest republiką parlamentarną.

Ludność Maroka liczy około 37 milionów osób (Polska ok. 38 mln), ale kraj ten ma znacznie niższy PKB na mieszkańca – ok. 3 600 USD, podczas gdy w Polsce wynosi ponad 18 000 USD. Maroko opiera swoją gospodarkę na rolnictwie, turystyce oraz przemysłach eksportowych (np. motoryzacja, fosforany), z silnymi związkami handlowymi z Europą. Marokańska waluta to dirham marokański (MAD) i średni kurs to około 1/10 EUR. 

Kultura Maroka jest zdominowana przez islam i tradycje arabskie oraz berberyjskie, podczas gdy Polska ma korzenie chrześcijańsko-europejskie. Oba kraje posiadają bogate dziedzictwo historyczne, ale kuchnia, architektura i klimat są zupełnie odmienne – w Maroku królują przyprawy, potrawy takie jak tagine i kuskus, a krajobraz zdominowany jest przez pustynie i góry.

Powierzchnia Maroka wynosi około 446 550 km² (lub 710 850 km² z Saharą Zachodnią). To sprawia, że Maroko jest prawie półtora raza większe od Polski, której powierzchnia to 312 696 km². Różnica ta przekłada się zarówno na różnorodność krajobrazową Maroka – od pustyń i gór po rozległe wybrzeża – jak i gęstość zaludnienia, która w Maroku jest znacznie niższa niż w Polsce. Różnice w podawanych wartościach powierzchni Maroka wynikają z niejednoznacznego statusu Sahary Zachodniej. Tak było do naszego wyjazdu, jednak 12 listopada 2025 roku, Rada Bezpieczeństwa ONZ jednomyślnie przyjęła rezolucję popierającą proponowany przez Maroko plan autonomii Sahary Zachodniej jako jedyne realistyczne rozwiązanie sporu terytorialnego.


Maroko



Relacja Olka na FB wrzucona tuż po przyjeździe (zdjęcia dostępne na profilu FB Olka)

 „Od złomu do Sahary” – czyli jak stary Audi wziął nas do Afryki 😉

17.10 - 31.10.2025.

Pod koniec zeszłego roku w mojej głowie zakiełkował pomysł, który można by spokojnie nazwać odlotowym. W ręce wpadł mi wysłużony Audi 2.5TDi z 1996 roku, pięciocylindrowy diesel, który dawno już powinien spocząć w garażowej historii. Kupiłem go za 2400 zł od kolegi, któremu żal było dłużej patrzeć na ten „zabytek” i już go nie używał. Ja jednak, jak to ja po prostu nie umiem przejść obojętnie obok starej, dobrej motoryzacji. ( Kiedys kumpel nazwał mnie kustoszem z tego powodu 😁 )
Z początku miał to być samochód „na dojazdy do pracy”, ale zamiast codziennych tras, w mojej głowie pojawiła się myśl 🤔
a może by tak do Afryki ? 🌍
Zaproponowałem więc kumplom – Edkowi, który na słowo „wyjazd” reaguje szybciej niż turbina w Diesel-u 🤣 oraz Tomkowi, z którym świętujemy wspólnie pięćdziesiątkę w tym roku, wyprawę do Maroka. Plan prosty...ja biorę na siebie przygotowanie auta, oni mają tylko spakować się i stawić na start.
🔧 Reanimacja Audi
Czasu miałem aż dziesięć miesięcy. Oczywiście, w moim stylu wszystko zostało zrobione… na dwa dni przed wyjazdem.
Cztery godziny przed startem auto wyglądało jakby dopiero zaczęło marzyć o drodze.😎 Wymiana rozrządu, pompy wody, wiskozy, nowy olej, wszystkie filtry, elektryka pod lodówkę (bo wiadomo, piwo musi być zimne 😎), a do tego przerobione reflektory na Bi-LED, żeby pustynia nie zaskoczyła nas ciemnością. Tu muszę wspomnieć o pomocy w expresowym załatwieniu części
na cito przez warsztat samochodowy
" El Camino " Podziękowania dla Was Ania i Gidzia za pomoc 💪
Był moment, że chciałem przełożyć wyjazd, dopóki nie spojrzałem na bilet promowy z Algeciras (Hiszpania) do Tanger Med (Maroko ). Data, godzina, brak odwrotu.... rękawy w górę, drugi bieg i… 45 minut przed startem byłem gotów. 🤣 Szybka kąpiel, pakowanie i w drogę.
Pierwsze 3500 km, jednym ciągiem. Bez noclegu, tylko postoje na paliwo i szybkie nasze " przerwy techniczne ” 😉
Za nami Niemcy, Francja, Hiszpania, potem prom i już… Afryka. W sumie przejechaliśmy prawie 11 000 km. Bez awarii ! Jedynie odprysk na szybie z kamienia, uszkodzona opona od nierówności i jedna przebita przez lokalsów, którzy obrazili się, że nie poczęstowaliśmy ich polskim piwem i na nic tłumaczenia że wielbłądami nie jesteśmy i musimy pić, więc to co mieliśmy to już wchłonęliśmy 😅.
🏜️ Maroko to zapach przypraw, jedzenia, szum oceanu, nieokiełznany ruch samochodów i ludzi na ulicach 😁.
Maroko oczarowało nas od pierwszego dnia, zapach przypraw mieszał się z kurzem pustyni, a każdy zakręt drogi prowadził w inny świat, od złotych plaż, po góry Atlasu i tętniące życiem mediny.
Smaki ? nie do opisania. Kultura ? niesamowita. Ceny hoteli ? równie egzotyczne, płaciliśmy od 21 do 70€ za 3 osoby ze śniadaniem. Najlepsze wspomnienia nie kosztowały jednak ani eurocenta, bo powstały z chwil, śmiechu i wspólnej drogi.
Czternaście dni w trasie, tysiące kilometrów, milion wspomnień. 2 mandaty na kwotę 60zł za przekroczenie prędkości : Tomek o 6km/h na pustyni, oraz mój o 9km/h na autostradzie, Edek został też złapany ale po zatrzymaniu udawał że nic nie rozumie i odpowiadał po polsku co wprowadziło Policję w zakłopotanie no i otrzymał tylko gest ręką żeby jechać dalej 🤣 Zakupiony zapas przypraw i owoców.
Stary Audi udowodnił, że duch prawdziwej motoryzacji jeszcze żyje, a my, że pięćdziesiątka to wcale nie czas na emeryturę, tylko na kolejną przygodę.

Chcielibyśmy przy tej okazji podziękować naszym żonom 😍 oraz dzieciom 🥰 za okazałe wsparcie w realizacji naszych planów i możliwość spełnienia marzeń 😘



Relacja Tomka pisana dniami i nocami przez 2 tygodnie jak nie dłużej

część I

Przygotowania

Gdzieś pod koniec 2024 roku Olek nabył stare Audi A6 2,5L TDi z 1996 roku głównie jako auto na dojazdy do pracy. Auto na krótkich trasach sprawowało się bardzo dobrze i przez kilka miesięcy nie sprawiało większych (ani mniejszych) kłopotów. Niestety jako pojazd na Złombol auto się nie nadaje, gdyż zgodnie z regulaminem rajdu dopuszczone są "wyłącznie pojazdy komunistycznej koncepcji lub produkcji" a jak wszyscy wiemy AUDI stało w tym czasie po drugiej stronie barykady ;). Dodatkowo kolejne terminy Złombola kolidujące z urlopem rodzinnym (01.07.2023r., 29.06.2024r., 05.07.2025r.) nie zachęcały do wyjazdu w tym czasie i spowodowały, że kolejne trzy edycje odbyły się bez nas.

Audi A6 rocznik 1996

Jednak jakiś czas temu zrodził się pomysł na podróż do Afryki a konkretnie do Maroko. Od tamtej pory zaczęliśmy oglądać filmy i zbierać informacje, choć z czasem temat nieco przygasł ale z mojej (Tomek) strony padła mocna deklaracja, że jak wyjazd dojdzie do skutku to jadę. I nagle z początkiem września padło pytanie od Olka czy nadal jestem zainteresowany, bo zostało ostatnie miejsce.

Początkowo ekipa miała się składać z 4 osób czyli ekipa Gryfnych Karlusów: ja (Tomek), Olek (niestety Irek kolejny raz musiał odpuścić, bo termin wyjazdu kolidował z ważnym wydarzeniem rodzinnym - Wszystkiego Najlepszego dla Młodej Pary!) oraz dodatkowo Edek i Tomek S. Gdzieś w połowie września utworzyliśmy grupę "Jedno oko na Maroko" na komunikatorze, ustaliliśmy datę wyjazdu na 17-18 października 2025 i zaczęliśmy przygotowania oraz wstępne wyliczenia kosztów. Biorąc dane z różnych źródeł wyszło nam, że przy udziale 4 osób, koszt na osobę nie powinien być wyższy niż 4 tysiące zł (przykładowy przewidywany koszt noclegów ze śniadaniem - około 55-70 EUR za całą czwórkę - jak to Edek podsumował "To taniej niż nad Bałtykiem 😁"). Jeszcze tylko weryfikacja  ważności paszportów (przy wjeździe do Maroko muszą być ważne podobno minimum 6 miesięcy, choć na stronie rządowej jest informacja, że "co najmniej cały okres planowanego pobytu") oraz załatwienie Zielonej Karty, która notabene od jakiegoś czasu jest drukowana na białej kartce u większości ubezpieczycieli. Także dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne na ewentualne wypadki. Termin powrotny został ustalony najpóźniej na piątek 31.10, oczywiście ze względu na Wszystkich Świętych.

Wkrótce jednak (pod koniec września) okazało się, że Tomek S. w tym czasie także musi być na miejscu w Polsce. Zostaliśmy przed decyzją czy jedziemy, czy jednak ze względu na zwiększone koszty odpuszczamy. Dla mnie i dla Olka to miała być tez wyprawa z okazji okrągłych urodzin a je się ma tylko raz (jak każde zresztą 😂), a Edek powiedział, że pojedzie choćby we dwóch, więc decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy. 

Ustaliliśmy wytyczne odnośnie rzeczy jakie zabieramy - od skarpetek i bielizny, po kuchenkę gazową, czajnik, garnek, sztućce i najważniejsze ... lodówkę. Oczywiście także zapasy jedzenia w postaci zdrowej żywności w konserwach, zupkach "chińskich" czy suszonych kiełbasach i przekąsek typu chipsy czy słodycze. Także spory zapas napojów (dzięki lodówce "chłodzących") takich jak woda mineralna, piwo czy whisky i bimber. Nie obyło się od tekstów żon "a po co Wam tego tyle" a jak się później okazało było na styk i kosztowało nas to trochę niespodziewanych wydatków (patrz przygoda z menelem w Fez oraz poszukiwania procentów w kraju muzułmańskim). Olek spakował się już 1 października, bo resztę czasu przeznaczył na dopieszczanie A6 aby nic na trasie nie padło.


Tak się prezentowało Audi jeszcze 4 października


W międzyczasie zaciągnęliśmy do pracy sztuczną inteligencję, aby nieco odciążyła i pomogła w przygotowaniach, policzyła koszty ewentualnych winietek, zaproponowała ciekawe miejsca do odwiedzenia oraz aby przygotowała trasy przejazdu. Poniżej efekt takich wyliczeń i trzy zaproponowane trasy z Chorzowa do Maroko - naprawdę świetna precyzyjna robota 😂

Trzy trasy do celu zaproponowane przez Perplexity AI

W trakcie przeglądania materiałów w Internecie znaleźliśmy film na którym polecano pewne biuro w Hiszpanii, pośredniczące w zakupie biletów na prom w dobrej cenie. Rzeczywiście zaproponowany koszt przeprawy promowej w obie strony dla naszej trójki wraz z pojazdem, był o połowę niższy niż oficjalny cennik. Otrzymaliśmy na kilka dni przed rozpoczęciem podróży oficjalną wiadomość, że koszt wynosi 290 EUR a bilet powrotny jest otwarty i ważny aż do 27 grudnia. Jedyny problem to przeprawa w stronę Afryki miała być na konkretny termin i konkretną godzinę (choć jak się później okazało była tez możliwość przesunięcia godziny na późniejszą). Biuro prowadzi Carlos Gutierrez a znajduje się w poniższej lokalizacji Calle Fragata, 11379 Los Barrios, Cádiz w miejscowości Palmones tuż przed Algeciras. Wprawdzie kontakt w języku angielskim jest nieco utrudniony ale wszystko zostało prawidłowo przygotowane zgodnie z naszymi wytycznymi. Carlos poprosił o dane pojazdu i naszej trójki i zarezerwował bilet na 19 października 2025 (niedziela), godz. 11:15 Czas rejsu przewidywany na 1 godz. 30 min a przyjazd na 11:45 (tak, w Maroko należało przestawić czas o godzinkę), port w Hiszpanii ALGECIRAS, port w Maroko TÁNGER MED. Więcej informacji na stronie internetowej biura: 

W czasie, gdy dopieszczaliśmy sprawę biletów Olek wstawił do samochodu nowe oświetlenie oraz wymienił kilka drobiazgów w tym czujnik temperatury na taki elektroniczny z alledrogo z tym, że przyszedł nie w Celciuszach a w Farenheitach 😁. Jak już wszystko poskładał do kupy to 16.10 wieczorem napisał: "Sytuacja auta staje się nerwowa, wracając od pompiarza rozwarstwiło mi pasek alternatora. Nie potrafię znaleźć przyczyny. Mam na zapas nowy ale podczas awarii i pęknięcia tego paska, może wciągnąć go pod pasek rozrządu...wtedy stoimy na amen. Znalazłem takie koło, jutro pojadę po nie do Częstochowy i popołudniu je wymienię. Jak przyjedziecie przed wyjazdem jutro, to tylko poczekacie aż rozrząd znów poskładam, wykąpię się i pojedziemy...bo tak na to wyjdzie 😎". Tak dla przypomnienia wyjazd zaplanowaliśmy na 21:00 17.10. Kilka godzin później dopisał, że tak z głupot sprawdził czy działa gniazdo zapalniczki - oczywiście nie działało.

Nadszedł dzień wyjazdu o 1:15 w nocy nadeszły na whatsappa takie oto zdjęcia Audi (to tak w ramach uspokojenia atmosfery):

Audi na kilkanaście godzin przed wyjazdem





Dopiero o 17:30 nadeszła informacja "Panowie.... Na 99.9% usunąłem tą usterkę. Spotykamy się pod robotą o 21:00".

Wyjazd - Europa

Nadszedł moment zebrania gratów i podjechania pod robotę Olka - oczywiście wychodząc z domu przypomniało mi się, że miałem wydrukować bilety i ubezpieczenia a będąc już w połowie drogi, że zostawiłem dżinsy (tak wróciłem po nie a potem przez calutki wyjazd ani razu ich nie założyłem). 

Start nastąpił w Świętochłowicach w piątek 17.10.2025r. około 21:30, stan początkowy licznika naszego Audi-Africa (tak go ochrzcił Irek) wskazywał 340 793 km (możliwe, że 2-3 km mniej, bo chyba zapisaliśmy już w trakcie jazdy). Kierunek A4 w stronę Wrocławia i dalej do granicy w Zgorzelcu. Przed nami minimum 34 godziny jazdy i jakieś 3300-3400 km do promu, które postanowiliśmy przejechać bez zbędnych przerw (trzech kierowców na zmiany a tylna kanapa jako "sypialnia").

Do Zgorzelca dotarliśmy w sobotę około 1:30, gdzie zatankowaliśmy na BP i wypiliśmy po kawce a około 9:05 byliśmy już na drugim końcu Niemiec za Stuttagrtem, gdzie zjedliśmy pierwsze zapasy prowiantu (stan licznika 341 846 km). 

Ekipa na drugim końcu Niemiec


Do samej Francji wjechaliśmy o 10:15 (granica w Chalampe) i tu pojawił się pierwszy dylemat - czy jechać do Algeciras drogami bezpłatnymi (25h) czy płatnymi (21h) a wiadomo, że Francuskie autostrady do tanich nie należą. Jednak mimo kosztów postanowiliśmy jechać autostradami, gdyż bilet na prom był kupiony na konkretną godzinę. Za ten (jak się później okazało zupełnie zbędny) luksus dopłaciliśmy niemal 90 EUR.

Granica niemiecko - francuska w Chalampe


Do centrum Lyonu docieramy około godziny 14, za kółkiem ponownie Olek a licznik wskazuje już 342316 km. Najpierw wjeżdżamy do Tunelu Fourvière z charakterystyczną fasadą z podwójnymi wieżami, prowadzącym pod wzgórzem Fourvière. Łączy on południową i północną część Lyonu, powstał w latach 1971–1972 i jest jednym z głównych elementów komunikacyjnych miasta.

Wjazd do tunelu Fourvière

Mijamy kolejno rzędy historycznych kamienic z eleganckimi fasadami i wysokimi oknami śródmieścia na Presqu’île, oddzielonej Rodanem i Saoną, gdzie dominuje klasyczna architektura XIX wieku. 


Śródmieście Lyonu

Chwilę później ukazuje się charakterystyczny budynek Musée des Confluences (muzeum historii naturalnej i nauk przyrodniczych) - „kosmiczna” bryła z metalu i szkła w kształcie chmury i kryształu.


źródło: museedesconfluences.fr


Następnie pojawia się Prot de Lyon, by w końcu wyjechać z centrum i jechać dalej. Mamy połowę trasy we Francji za sobą.


Port de Lyon


Granicę z Hiszpanią przekraczamy w miejscowości Perthus o godzinie 19:04, licznik pokazuje 342 778 km więc mamy już niemal 2000 kilometrów za sobą. W miejscowości tej jest charakterystyczna góra w kształcie piramidy, niestety nie jest to zabytek lecz sztuczny obiekt, który powstał w 1976 roku podczas budowy autostrady A9.

Piramida w La Perthus na granicy francusko-hiszpańskiej, źródło: espanafascinante.com
 

Gdzieś po drodze tankowanie (1,292 EUR za litr) i pędzimy dalej. W Hiszpanii od 2024 roku większość autostrad jest już bezpłatnych, sporo z nich to autostrady z trzema pasami ruchu w jedną stronę (choć trzeba wspomnieć, że Hiszpanie namiętnie blokują środkowy i lewy pas a ten prawy jest pusty). Staramy się dojechać do Algeciras najpóźniej koło 9:30, bo prom odpływa o 11:15 a trzeba być godzinę wcześniej na odprawie. Koło 3 w nocy kolejna krótka przerwa na zmianę kierowcy i wciągnięcie regeneracyjnego posiłku w postaci zupek chińskich 😋.
O 8:45 mamy na liczniku już 344 003 km i do promu brakuje nam jeszcze jakieś 45 km ale mruga do nas przyjaźnie rezerwa, więc tankujemy paliwo za 20 EUR na przydrożnym BP (tym razem już 1,449/L). 
Do Carlosa Gutierezza docieramy tuż po godzinie 9, temperatura wskazuje skromne 20 stopni, do promu mamy około 10 km. Załatwiamy kilka formalności, dokupujemy kartę SIM z Internetem 10 GB za 10EUR oraz wymieniamy wzajemne suweniry (Żuber kontra wino hiszpańskie) i możemy spokojnie ruszać do portu.

Odbiór biletów u Carlosa Gutierreza


Przy okazji na drzwiach znajdujemy ślady naszych


Namiary na Carlosa Gutierreza


Poniżej mapa naszego przejazdu przez Europę odwzorowana w 99% Może się nieznacznie różnić ale raczej trzymaliśmy się kursu wyznaczonego przez nawigację. Różnica w km to jakieś 50 km mniej na liczniku niż wg mapy ale to wynika z punktów przelotowych oznaczonych na mapie (mapa liczy do centrum miast a w rzeczywistości się je omija). Jeśli chodzi o czas przejazdu to nam podróż zajęła pod prom 37 godzin a mapa pokazuje około 32 - 34 godziny (w zależności od pory dnia, korków i remontów).



Trasa Bytom - Algeciras



Prom Algeciras - Tanger Med

Docieramy już na spokojnie do promu z niewielkim zapasem czasowym, załatwiamy wszelkie formalności i czekamy na załadunek (10:30). Trochę chłopaków zestresowałem odczytując wiadomość z naszego kumpla AI-Perplexity, że z UE do Afryki nie wolno wywozić produktów mięsnych i mlecznych oraz maksymalnie 1 litr alkoholu >22%. Matko, no i co my zrobimy z tymi XX litrami "napojów mlecznych!?" Trochę niepewności było ale na prom wjeżdżamy dokładnie o 11:00, silniki wystartowały o 11:37 a od brzegu odbiliśmy o 11:48. Przed nami około 38 km podróży morskiej.

Dojazd do portu



Oczekiwanie na prom



Płynie prom - szkoda, że nie nasz 😂






Jeszcze w kolejce do promu i później na samym promie, spotkaliśmy grupę motocyklistów jadących na zorganizowany wypad z przewodnikiem. Przy okazji podsłuchaliśmy kilka dobrych rad, które mogą się przydać:
- nie wchodzić w dyskusję z Marokańczykami na temat ich religii - Muzułmanie wierzą, że ich religia jest najważniejsza i najwygodniej unikać tego tematu,
- nie robić żadnych uwag, aluzji do wyglądu ich żon, córek nawet jako niewinny komplement - mogą tego nie tolerować lub źle odebrać,
- podczas zakupów należy się obowiązkowo targować, często cena początkowa to czterokrotnie zawyżona cena więc można sporo zaoszczędzić,
- oficjalnie nie ma w Maroko żebractwa, jednak często oferowane są np. chusteczki higieniczne na sprzedaż lub inne drobiazgi - jest to ukryta forma żebractwa i przy "zakupie" często się tych drobiazgów nawet nie bierze od drugiej strony,
- także podczas zakupów czy innych sytuacji może dojść do momentu, gdy robi się już to męczące czy zbyt nachalne i nieprzyjemne - warto wtedy stanowczo powiedzieć "halas", co oznacza mniej więcej "dosyć", "stop", "koniec" i powinno zadziałać w większości sytuacji,
- nie należy dokarmiać zwierząt nawet resztkami w miejscach spożywania posiłków - ich religia nakazuje pomagać w pierwszej kolejności biednym, więc może to być źle odebrane a także wiąże się też z innym poniższym zagrożeniem,
- nie należy rozdawać dzieciom cukierków czy innych drobiazgów ze względu na to, ze po chwili otoczy nas pół wioski i zacznie się problem, jeżeli już naprawdę chcemy coś takim dzieciakom kupić to najlepiej zapłacić za słodycze sprzedawcy i poprosić aby on to za chwilę rozdał.
- nie pędzić na tych ich motorach na drogach ze względu na dwie rzeczy - po pierwsze patrole policyjne są naprawdę częste i może to trochę kosztować (czasami fotoradar jest ukryty dużo wcześniej a kilometr dalej zatrzymuje patrol), po drugie oświetlenie, zwłaszcza na lokalnych drogach, praktycznie nie istnieje a w Maroko mnóstwo zwierząt biega luzem (kozy, owce, wielbłądy, osły, muły czy nawet konie) i np. taki czarny osioł skierowany do kierowcy tyłem jest praktycznie niewidoczny. Warto mieć to na uwadze, żeby nie wylądować w zadku konia tak jak w Akademii Policyjnej,
- nie należy częstować Marokańczyków alkoholem, gdyż jako Muzułmanie nie są do niego przyzwyczajeni i mogą po nim stać się nieobliczalni.

Szybki kurs arabskiego


Na "Heweliuszu"


Po drodze znany wszystkim napis (dobra, tu się wykazał akurat AI) na wzgórzu w porcie Tanger Med po arabsku i brzmi: الله الوطن الملك. Jest to oficjalne hasło Królestwa Maroka i oznacza: Bóg, Ojczyzna, Król, symbolizuje trzy najważniejsze wartości w marokańskiej tożsamości narodowej: religię (islam), patriotyzm oraz lojalność wobec monarchy. Można go spotkać w wielu miejscach w Maroko, na budynkach publicznych, urzędach, pomnikach i wzgórzach.

الله الوطن الملك - Bóg, Ojczyzna, Król


Najkrótszy odcinek między Europą a Afryką to Cieśnina Gibraltarska, która łączy Morze Śródziemne z Oceanem Atlantyckim. W najwęższym miejscu cieśnina ma około 14 kilometrów szerokości i oddziela Hiszpanię (przylądek Tarifa) od Maroka (północne wybrzeże). Algeciras do Tanger Med w linii prostej dzieli około 25 km lecz drogą morską wychodzi 38 km.

Algeciras - Tanger Med





Hello Africa


Około 13:30 19 października 2025 roku, prom dobił do brzegu, jakiś kwadrans czy dwa później wyjechaliśmy na ląd. Jeszcze kontrola paszportowa (nadal myślimy o tych nadmiarowych zapasach "mleka") i wreszcie Afryka! Licznik wskazuje 344 044 km (plus 38 km na promie 😉)

Witamy w Afryce

Ksar Ghir - pierwszy z brzegu znak z miejscowością


Nasze pierwsze miejsce docelowe to Asilah. Po drodze, 80 km od promu, o 16:00 tankujemy do pełna (koszt 1 litra to 11,03 MAD czyli 4,38zł), licznik wskazuje 344 124 km

O godzinie 16:30 (17:30 wg czasu PL) pojawiamy się w La Perle de Briech w Asilah. Zaskakuje nas zarówno niska cena jak i całkiem niezły standard hotelu (koszt to 33 EUR za 3 osoby ze śniadaniem).

Pierwsze łoże małżeńskie - tym razem Olek i Edek

Edek się chwalił, ze ma ponoć duży zapas wazeliny 😨





La Perle de Briech



Wreszcie możemy spokojnie się zrelaksować i odpocząć po długiej podróży. Jeszcze tylko plany na jutro - dojazd w okolice Rabatu tak aby mieć w kolejnym dniu rano czas na zwiedzanie. Wybraliśmy urocze miejsce nad jeziorem, nieświadomie skazując się na pewne przygody z tym związane.

Napoje relaksacyjne po podróży


Poranne śniadanie także miło nas zaskoczyło. Było to typowe marokańskie śniadanie, składające się z kilku odmian lokalnego pieczywa:
Khobz – okrągły, gruby, płaski chlebek drożdżowy, wypiekany najczęściej z mąki pszennej oraz semoliny. Ma chrupiącą skórkę i miękkie wnętrze, doskonały do maczania w tadżinie, zupach lub jedzenia z oliwą czy konfiturą.
Batbout – puszysty, drożdżowy chlebek smażony na patelni, zwykle okrągły, nieco cieńszy niż khobz. Ma wewnętrzną kieszonkę, przez co nadaje się do nadziewania nadzieniami warzywnymi, mięsem lub serem; jako panini marokańskie.
Msemmen – płaski, warstwowy „naleśnik” z mąki pszennej, wody, soli i oleju, składany wielokrotnie, tworzy delikatne warstwy (zazwyczaj jest lekko oleisty i ma lekko chrupiącą skórkę). Podaje się go na słodko z miodem, dżemem lub też na słono.

Jako dodatki smażone jajko, dżemy owocowe, topione serki i masło. Na koniec napoje: oczywiście marokańska herbata miętowa – w ozdobnych szklankach i imbryczkach, tradycyjnie mocno słodzona, kawa oraz świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Jak się później okazało jest to typowe śniadanie marokańskie i niemal w każdym hotelu było bardzo zbliżone do tego jakie zaserwowano nam tutaj.







Po śniadaniu podjechaliśmy do centrum Asilah aby zwiedzić to miasteczko oraz wymienić waluty  (EUR, USD) na ich lokalną (MAD). Przy okazji Edek był świadkiem drobnej sprzeczki parkingowego  z jakimś kierowcą ale walka trwała krócej niż u Gołoty i nie zdążyliśmy z Olkiem na spektakl 💪.



Centrum Asilah


Tak wyglądał nasz pierwszy i najkrótszy (tylko 81 km) odcinek w Afryce, od portu w Tanger Med do pierwszej miejscowości - Asilah.


Trasa Tanger Med - Asilah

UWAGA: Mapy są niestety orientacyjne ze względu na to, że mimo zaznaczania opcji unikaj opłat, po wklejeniu ramki z kodem mapy, strona wyświetla mapy z opcją niezaznaczoną.


Dar Tawess - urocza willa z basenem

Kolejny punkt jaki sobie zaplanowaliśmy to miejscówka Dar Tawess niedaleko miasta Rabat, stolicy Maroka. Od Asilah to jakieś 240-270 km (w zależności czy normalnie czy "Edkowym skrótem") i nieco ponad 4h jazdy. Około południa wyruszamy do celu trasą A5 a za Al Ara'isz nawigacja kieruje nas na N1 (bo dalsza A5 jest już pewnie płatna), a że trasa jest dosyć krótka to Edek godzinkę później proponuje "skrót" mimo, że wcześniej już i tak ustawiliśmy omijaj drogi płatne w nawigacji. Nie ma problemu, witaj przygodo, skręcamy w drogę P4227! Wkrótce nasz skrót zmienił nawierzchnię z asfaltu na szuter.

Droga P4227 - dziś miał tędy nikt nie jechać to nie rozwinęli asfaltu


"Gdzie kończy się droga"


Słoneczko, ciepełko a w Bytomiu rano szyby niektórzy "szkrobali"


Pojawiły się dzikie zwierzęta - prawdopodobnie przemycone z polskich borów 

Emocje górą - film musi zostać ocenzurowany

Maroko to kraina skrajności, chwilę później wjechaliśmy do niewielkiego miasteczka, gdzie dróg może pozazdrościć prawie każde miasto w Polsce - szerokie na tyle, że spokojnie można powiedzieć, że były po trzy pasy w każdą stronę (tylko, że na farbę już nie wystarczyło). Jak się później okazało takie skrajności to standard.

U nas takich autostrad nie ma jak u nich drogi w lokalnym miasteczku

Gdzieś po drodze stanęliśmy przy pobliskim straganie z owocami i zaopatrzyliśmy się w mango, avocado i smocze owoce, mniej więcej z każdego po 3 sztuki. Gościu zaśpiewał 170 MAD, my zapomnieliśmy, że to kraj gdzie obyczajem jest targowanie się na każdym kroku i jeszcze z gestem daliśmy trzy dychy napiwku. Przecież co to jest 200 MAD to raptem 20 zł. Jak już odjechaliśmy to nastąpiło olśnienie ... chwila 200 MAD to 20 EUR a nie 20 PLN. Te owoce nas kosztowały ponad 80 złotych. Cóż ale za to jak smakowały! I do tego mamy ładne zdjęcie.

Przepłacone owocki




Dalsza droga do naszego noclegu stawała się coraz bardziej ciekawa, przyroda bardziej dzika, miejscami klimat robił się typowo afrykański, drzewa przypominające Akacje (albo to były Akacje 😁), brakowało tylko Żyraf, Słoni i Lwów (żadne z tych zwierząt nie żyje dziko w Maroko ale to szczegół). Po drodze zauważamy kilka rodzin, które wspólnie spędzają czas na pikniku, ciesząc się spokojem i radością chwili w otoczeniu natury. 
Do miejscówki przy jeziorze dojechaliśmy "po raz pierwszy" mniej więcej o 17 (czyli już mamy godzinkę więcej niż zakładaliśmy). Niestety z jakiegoś powodu coś źle ustawiliśmy w nawigacji (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało) i dojechaliśmy do jakiegoś zadupia, gdzie psy d..mi szczekały. Akurat ja wtedy prowadziłem a nawigację nastawiał Olek z linka z bookingu ale to akurat nie ma nic do rzeczy. Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, gdy jakieś 4 km przed celem Edek musiał koniecznie zatrzymać się do WC (to przez te napotkane wcześniej przemycane żubry z polskich borów) i na fajkę. Gdy ruszyliśmy dalej nawigacja pokazała po chwili jednak 9km. Po przejechaniu połowy tego odcinka wszyscy trzej (no może poza Edkiem) dostaliśmy „déjà vu”, nosz kurde miejsce wypisz wymaluj identyczne z tym przy którym chwilę wcześniej Edek wydalał nadmiar wody z organizmu i się dotleniał. Kurde nawet plama na pobliskim drzewku jest. Czyli zrobiliśmy pętelkę, coś jest mocno nie tak. Po krótkiej chwili, szybko wklepaliśmy ręcznie adres (lub coś co wyglądało na adres) z bookingu i ... okazało się, że to po drugiej stronie jeziora, ponad 100 km stąd. "Nie to się nie dzieje".

Gdzieś tam po drugiej stronie jeziora "jest" nasz ośrodek


No nic, trzeba się wrócić, jezioro dosyć spore, nie ma przeprawy promowej, trzeba walić naokoło. Jedziemy, podziwiamy widoki, po drodze zauważamy kilka rodzin, które wspólnie spędzają czas na pikniku, ciesząc się spokojem i radością chwili w otoczeniu natury. Po jakiejś godzinie, półtorej dojeżdżamy do bramy (chyba) naszego ośrodka, zatrzymuje nas ochrona ... i nie chce nas dalej wpuścić. W dodatku słabo u nich z angielskim ale jakoś się dogadujemy, że tędy nie da rady dojechać i musimy pojechać drogą obok. Kurcze raptem 2 km od celu ale wg tłumaczeń nie jest to jakoś specjalnie daleki objazd. Ruszamy i po chwili wjeżdżamy na autostradę, bramki i mamy dziwnie podejrzenia, że coś tu jest nie tak. Zjeżdżamy na najbliższy parking (tuż za bramkami) i ponownie, tym razem dokładnie, analizujemy dokąd nas prowadzi nawigacja - no jak nic na środek tego czegoś co było ogrodzone ale nie chcą nas tam wpuścić. Stoimy i myślimy co dalej, booking opłacony, opcja rezygnacji nie wchodzi w grę bo z naszych 44,33 EUR zabiorą nam 40 EUR prowizji - musimy tam w końcu dojechać. Pobieramy linka bezpośrednio z bookingu i ... kieruje nas 100 km dalej, na drugą stronę jeziora, tam, gdzie już raz byliśmy - nie, to się nie dzieje!




Cóż wracamy, zmieniamy się z Olkiem za kółkiem i jedziemy, po chwili trasa jakby znajoma, afrykańskie klimaty, po drodze zauważamy kilka rodzin, które wspólnie spędzają czas na pikniku, ciesząc się spokojem i radością chwili w otoczeniu natury (no któż by się spodziewał). Do celu docieramy już po zmroku, rozpoznajemy przydrożne i tymczasowe WC Edka, i w tym momencie skupienie i wszystkie 3 pary oczu w nawigację, powoli skraca się dystans 3 km, 2 km, 1 km, zakręt, 9 km - no żesz urwał nać, co jest grane. Wysiadamy, świecimy latarkami i szukamy zjazdu przy zakręcie, bo wychodzi na to, że to musi być gdzieś tu. Jest jakaś ledwo widoczna ścieżka prosto w pole. Olek ma trochę obiekcje, bo Audi to nie traktor ale się tam pakujemy. Sto metrów dalej droga się jakby kończy. Edek wychodzi poświecić latarką i jak z pod ziemi pojawia się jakaś baba i przyprawia nas prawie o zawał. Zaczyna nadawać jak katarynka, tyle, że produkcji arabsko - francuskiej, nic z tego nie idzie zrozumieć. Posługując się translatorem i Edkiem znającym język migowy, udaje się z kobitą dogadać, że tu droga się kończy (no Eureka) i musimy zawrócić. Dodatkowo "hotel" Dar Tawes to tam dalej jest i jesteśmy już blisko. Wyjeżdżamy zadowoleni z uzyskanej pomocy i jedziemy powoli dalej. Zauważamy trzech chłopaków z którymi dogadujemy się nieco sprawniej i z ich tłumaczeń wynika, że za jakieś 100 m trzeba skręcić w prawo. Jedziemy, skręcamy przez jakiś rów, haratamy hakiem i ... ładujemy się na czołówkę z pomnikami. Tak wrąbaliśmy się na arabski cmentarz. Cofamy, znowu czymś haratamy (Olek zapewnia, że "to tylko hakiem" - zastanawiamy się z Edkiem dlaczego Audi ma też hak z przodu). Zawracamy i widzimy, że biegnie do nas jeden z tych łepków i pokazuje, że tu wcześniej jest ten zjazd, podjeżdżamy a tam "Pole, pole, łyse pole, ale mam już plan ...". No nic, część tego pola nieco bardziej ubita i prowadzi w dół tak, że nic nie widać ale jedziemy. Po 50 metrach dojechaliśmy do jakiegoś zagraconego placu, poprzewracane kible, stare przyczepki i masę innych gratów a obok coś co w ciemności wygląda na jakąś ruderę.

"Parking" w dzień

Wejście do "hotelu" Dar Tawess


W tym momencie przypomina mi się seria horrorów o turystach "Hostel" oraz "Wolf  Creek" i mam ochotę stamtąd jak najszybciej spie....ć. Nagle z ciemności pojawia się chłopak, który znowu zna tylko arabski i francuski. Jakoś się w końcu dogadujemy, że to jest to miejsce i mamy wejść do środka.  Jest 20 października, godzina 19:50.i w końcu dotarliśmy na miejsce (po raz drugi). Witamy w Dar Tawess. Niestety oznaczenie na bookingu było fatalne, przez to straciliśmy ponad 4h i zrobiliśmy 200 km nadaremno. Dodatkowo właściciel nie zadbał też o to aby postawić cokolwiek przy drodze, tabliczkę, jakiś napis nie mówiąc o oświetleniu dojazdu.

Nasze błądzenie wokół zalewu



Po wejściu okazuje się, że to coś w rodzaju domu z dużym salonem i aneksem kuchennym oraz dwiema sypialniami. Niestety nasza willa była już przez kogoś zajęta.

Lokator Dar Tawess


Chłopak, który nas wprowadził to był jakiś pomocnik i wyjaśnił, że właściciel będzie za jakiś czas (jak się później okazało było to prawie 3h). Pierwszy rzut oka na pomieszczenia i już wiadomo było, ze jest brudno i pokoje są nieprzygotowane. W łózkach brak czystej pościeli, brudna po poprzednich lokatorach walnięta na blat "wysepki kuchennej", reklamówki śmieci na blatach kuchennych, stare resztki jedzenia w lodówce, blaty i stoły klejące się od brudu, urwany dopływ do toalety w jednym z dwóch wc i odór kanalizacji. Wystrój pomieszczeń w stylu "wieś tańczy, wieś śpiewa", jakieś zbiorowisko przypadkowych rzeczy. Na tarasie i wokoło basenu jakieś stare kołdry, dywany i inne rupiecie, biegające 4 psy i kilka kotów. Do tego jeszcze ten zwierzak na suficie - najprawdopodobniej gekon murowy (Tarentola Mauritanica), na szczęście zupełnie nieszkodliwy, żywiący się owadami takimi jak komary czy muchy. 
Olek stwierdził, że śpi dziś na siedząco przy stole, ja zrezygnowałem z przyniesienia swojej torby i jaśka z auta (zresztą wkrótce stał się on wyznacznikiem standardu danych kwater) a Edek stwierdził, że przecież jest spoko, nie takie warunki będziemy mieli okazję przećwiczyć i jeszcze zatęsknimy za tą willą z basenem (był rok temu w Maroko przez 5 tygodni to co nieco już widział). 
Gdy wrócił właściciel zaczął na szybko sprzątać, zwalając winę na booking (taa jasne), wymienił ręczniki (brudne na mniej brudne). Niestety pierwsze wrażenie pozostało i na trzeźwo się tam zasnąć nie dało.

Sterta brudnej pościeli

Zabytkowy kurz z okresu protektoratu francuskiego

Graty (część naszych) a w tle śmieci.

Sypialnia

Urwany dopływ wody w kibelku

Jakieś kołdry i szmaty

Czysty ręcznik po wymianie

I drugi świeży ręcznik

Basen z dodatkami

Sterylna kuchnia i przechowalnia kotów - tu prawdopodobnie przygotowano nam śniadanie 😱


Rankiem po "sutym" śniadaniu (mieliśmy nocleg ze śniadaniem, z jednym śniadaniem jak się okazało) jeszcze raz przyjrzeliśmy się otoczeniu skupiając się na pozytywach. Nie było śladów pogryzień od pluskiew a to już coś, weranda całkiem przyjemna, taras z pięknym widokiem na jezioro, mocny aromatyczny zapach rosnących krzewów, dojrzałe pomelo na krzakach nawet wystrój pomieszczeń nieco zmienił się na lepsze w świetle dziennym.

Śniadanie dla trzech osób











Widok na Zalew Bouregreg

W świetle dziennym zobaczyliśmy też, że Audi jednak z przodu nie ma dodatkowego haka a standardowy zderzak i kratkę pod kloszem. Zderzak wyszarpany z zaczepów, kratka "zniknięta", pewnie leży na cmentarzu. Właściciel jeszcze proponuje przejażdżkę łodzią po zalewie, łowienie ryb i ich smażenie. Ładnie dziękujemy i ruszamy około 11 ekshumować kratkę z cmentarza a dalej do centrum Rabatu.


W świetle dziennym nawet podjazd też jakiś łagodniejszy



Widok na "Willę z basenem" z ulicy




Nasza trasa z Asilah do Dar Tawess miała mieć 259 km i trwać raptem 4 godziny. Rzeczywisty czas to aż 9 godzin i 50 minut oraz prawie dwukrotnie więcej kilometrów. Poniżej normalna trasa.


Trasa Asilah - Dar Tawess (Rabat)


W nawigację wklepujemy parking Bab El Had w Rabacie (płatny parking w samym centrum z którego jest blisko do wielu ciekawych miejsc, koszt to kilka MAD za godzinę) i kierujemy się tam bez zbędnych przystanków - chyba, że ktoś potrzebował wody z bagażnika i rozruszać kości.

Marokańskie disco



Planując wieczór wcześniej nocleg w Dar Tawess i zerkając pobieżnie na mapę stwierdziliśmy, że to bliziutko Rabatu (raptem 15 km w linii prostej), zapominając, że helikopter został w domu u Edka. Dodatkowo trasy wokół zalewu kończą się w nieoczekiwanych miejscach i trzeba jechać naokoło. Do Rabatu jednak mamy 58 km 😂.


Trasa Dar Tawess - Rabat




Rabat

Rabat to stolica Maroka, położona nad Oceanem Atlantyckim, u ujścia rzeki Bouregreg, z około 510 tysiącami mieszkańców (2024). Założony w 1150 roku przez kalifa Abd al-Mumina z dynastii Almohadów w 1912 roku wyznaczony na stolicę francuskiego protektoratu a po odzyskaniu niepodległości w 1956 roku pozostał stolicą suwerennego Maroka. W 2012 roku został wpisany na listę UNESCO jako miejsce o wyjątkowym znaczeniu historycznym i kulturalnym.

Podczas dojazdu do parkingu mijamy wieżę Mohammeda VI (Tour Mohammed VI), najwyższy budynek w Maroku oraz Afryce Północnej (ma 55 pięter i wysokość 250 metrów). 

Wieża Mohammeda VI

Następnie mijamy nowy Stade Prince Moulay Abdellah — największy i najnowocześniejszy stadion piłkarski w Maroku, ukończony we wrześniu 2025 roku. Stadion pomieści 68 700 widzów i będzie jedną z głównych aren Pucharu Narodów Afryki 2025 oraz Mistrzostw Świata FIFA 2030. 

Stadion Prince Moulay Abdellah


Kolejny charakterystyczny obiekt to latarnia morska "Phare de Rabat" przy ujściu rzeki Bou Regreg i Oceanie Atlantyckim, w pobliżu zabytkowej kasby Oudajas. Latarnia została zbudowana w 1920 roku, ma 31 metrów wysokości i jej reflektor nadal jest aktywny.

Latarnia Phare de Rabat

Następny budynek to minaret jednego z największych i najbardziej znanych meczetów Rabatu – Meczet As-Sunna (Grande Mosquée As-Sunna), położonego przy Avenue Annakhil w dzielnicy Agdal. Minaret tej świątyni wyróżnia się jasną elewacją z delikatnymi, klasycznymi zdobieniami oraz dużą wysokością i charakterystycznym zakończeniem z iglicą.

Meczet As-Sunna

Po dotarciu do podziemnego parkingu Bab El Had idziemy uliczkami medyny w stronę parku Jardin Nouzhat Hassan. Zanim jednak docieramy uwagę przykuwa stara armatura i kołatki wystawione u jednego ze sklepikarzy, zwłaszcza ten kranik w centralnej części 😂.

Ciekawe ozdoby

Ogrody Nouzhat Hassan to najstarszy i najważniejszy publiczny park w centrum Rabatu, założony w 1924 roku przez francuskiego generała Lyauteya jako miejsce wypoczynku dla mieszkańców. Zajmuje obszar ok. 8 hektarów, dzieląc przestrzeń na zakątki z alejkami, placem zabaw dla dzieci, stawem z kaczkami, pawilonem widokowym czy wolierą dla ptaków. Uchodzi za zielone serce stolicy i jedno z najprzyjemniejszych miejsc do relaksu w centrum Rabatu.

Wejście do ogrodów



Ekipa w cieniu smoczego drzewa (Dracaena Draco)


Następne co chcemy zwiedzić to Meczet Hassana, Wieżę Hassana i mauzoleum Muhammada V, które znajdują się w pobliżu. 

Zmiana warty


Meczet Hassana zaczął być budowany w 1195 roku przez kalifa Almohadów, Jakuba al-Mansura i miało to być największe muzeum w zachodnim świecie muzułmańskim. Budowę przerwano po śmierci kalifa w 1199 roku. Została ukończona tylko Wieża Hassana — minaret o wysokości 44 metrów (z planowanych 80 metrów), która jest jednym z symboli Rabatu i jest wpisana na listę UNESCO.




Wieża Hassana i ruiny kolumn



Mauzoleum Muhammada V zostało zbudowane współcześnie (lata 1961–1971) jako miejsce pochówku króla Muhammada V, który doprowadził Maroko do niepodległości, oraz jego dwóch synów, w tym króla Hassana II. To biała budowla z zielonym dachem, ozdobiona tradycyjnymi marokańskimi mozaikami, cedrowym drewnem i rzeźbieniami, będąca ważnym miejscem pamięci i kultu w Maroku. Mauzoleum znajduje się tuż obok Wieży Hassana i jest strzeżone przez Królewską Gwardię. Jest otwarte dla odwiedzających, którzy chcą oddać hołd historii Maroka.

Jedna z bram do mauzoleum Muhammada V




Do wnętrza nie wpuszczano innowierców




Jednak na taras innowiercy już wstęp mają dostępny





Całe ściany z mozaiki


Koszmar kafelkarza - elementy mozaik wielkości 0,5-1 cm










Ruszyliśmy dalej na spacer wzdłuż zielonych alejek stolicy. Wszędzie wokół panuje nieskazitelny porządek i bujna zieleń. Trawniki są starannie strzyżone, a ogrodnicy dbają o każdy szczegół — czasem wydaje się, że przycinają trawę po jednym źdźble. Niesamowite, jak bardzo mieszkańcy Rabatu troszczą się o estetykę swojej przestrzeni miejskiej, co nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę późniejsze widoki w innych miejscowościach.








Nadajnik w formie palmy


Wieża Mohammeda VI z innej perspektywy


Po drodze mijamy Grand Théâtre de Rabat – Wielki Teatr Rabatu, jeden z najnowocześniejszych i najbardziej spektakularnych budynków w Maroku oraz w Afryce. Budynek został zaprojektowany przez słynną architektkę Zahę Hadid i ukończony w 2021 roku. Położony nad rzeką Bouregreg, jego falista, organiczna bryła nawiązuje do kształtów krajobrazu i nurtu rzeki. Grunt pod teatr zajmuje 47 tys. m², a w jego skład wchodzą m.in. sala na 1 800 widzów, amfiteatr na 7 000 miejsc oraz przestrzenie wystawiennicze i publiczne. Teatr stanowi centrum nowej dzielnicy kulturalnej Rabatu i jest jednym z ostatnich projektów, które wyszły spod ręki Zahy Hadid za jej życia.


Wielki Teatr Rabatu


Most Hassana II jest jednym z najważniejszych symboli nowoczesnego Rabatu. Łączy historyczną stolicę Królestwa Maroka z jej "bliźniaczym" miastem Salé, biegnąc nad rzeką Bouregreg, która od wieków była sercem lokalnego handlu i transportu wodnego. Most został oddany do użytku w 2011 roku i stanowi jeden z głównych symboli nowoczesnej infrastruktury regionu. Obiekt składa się z dwóch poziomów — dla samochodów i tramwajów — oraz szerokich chodników dla pieszych i rowerzystów. Jego długość to ok. 1,2 km, co czyni go jednym z największych mostów miejskich w Maroku.

Most Hassana II




A tak wyglądają ich tramwaje miejskie, nasze "Karliki" mogą pozazdrościć.


Wracając na parking mijamy jeszcze bramę wejściowa do szkoły średniej imienia Mohammada V w Rabacie — po arabsku: مدرسة محمد الخامس, czyli "Liceum Mohammeda V". Budynek znajduje się w centrum miasta i należy do najstarszych i najbardziej prestiżowych szkół w Rabacie.


Szkoła średnia w Rabat


Zaliczone 11 tysięcy kroków, jednak ostatni przystanek jaki chcemy dzisiaj zaliczyć w Rabat zanim skierujemy się do następnego celu jakim jest Casablanca, to spacer nad Atlantyk. Odjechaliśmy kawałek za centrum miasta i znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy stanąć blisko brzegu.

Szum fal Atlantyku



Jednak "plaża" to głównie ostre skały i o bezpośrednim kontakcie z wodą nie było co marzyć


Wpadając do takiej wody fale starłyby ciało o skały do kości


Olek - Audi Africa - Atlantyk

Tomek - Audi Africa - Atlantyk (i palec)


Edek - Audi Africa - Atlantyk


Do Casablanki mamy 89 km i około 1:45 jazdy, wyruszamy ze skalistej plaży około godziny 16. Planowana trasa wydaje się prosta (i taka w sumie była z wyjątkiem wzmożonego i chaotycznego ruchu w centrum Casablanki i Marakeszu).


Trasa Rabat - Casablanca




Casablanca


Casablanca to największe miasto Maroka i jedno z największych w Afryce Północnej, liczące ponad 3,35 miliona mieszkańców. Położone nad Oceanem Atlantyckim, jest głównym centrum przemysłowym, handlowym i portowym kraju. Miasto słynie z monumentalnego Meczetu Hasana II, jednego z największych meczetów na świecie, z charakterystycznym minaretem o wysokości 210 metrów, oraz z kolonialnej architektury art déco. Jest to kosmopolityczne, gospodarcze serce Maroka, które oferuje zarówno bogatą historię, jak i nowoczesne atrakcje turystyczne, będące popularnym celem dla podróżnych z całego świata.

Na miejsce pod kwaterę docieramy o 17:42, licznik wskazuje 344 691 km. Jednak nieco się zdziwiliśmy dokąd nas zaprowadziła nawigacja.


Kwatera w Casablance

Po chwili jednak podjechał właściciel z kluczami i zaprowadził nas do budynku obok. Okazało się, że dzisiejszy lokal to mieszkanie w apartamentowcu Casablanca Yamanda Appartement - Ain Sebaa. Po pierwszym zapoznaniu się z lokalem zeszliśmy po nasze graty - tym razem jasiek szedł spać ze mną. To kolejna zaskakująca nas oferta, znowu najtaniej i znowu najczyściej, brak jedynie śniadania do pełni szczęścia. 

Kuchnia

Salon

Sypialnia

Łazienka

Widok z okna

Właściciel to młody, miły człowiek, wyglądający na bardzo przejętego. Wytłumaczył jak na drugi dzień zdać klucz, odebrał należne mu pieniądze (32 EUR + 6 EUR podatku) i mogliśmy odpocząć po intensywnym dniu. Jednak po zjedzeniu kolacji i odprężeniu przy drinku doszliśmy do wniosku, że pójdziemy zerknąć jak wygląda tutaj plaża (1,7 km w linii prostej to całkiem blisko). Niestety moje klapki i moje stopy w pewnym momencie przestały być ze sobą kompatybilne i obtarły mnie na tyle mocno, że wracałem do kwatery boso i od tego czasu, do końca wypadu, musiałem już chodzić w butach. Spacer dorzucił do puli kroków szacunkowo jeszcze jakieś 5 tysięcy (nie zabrałem telefonu ze sobą). W pewnym momencie miałem na tyle dosyć, ze chciałem wracać do domu, samolotem ✈.

Test dywanika

Edek skądś wytrzasnął dywanik i testuje jego uniwersalność – ponoć dobry nie tylko do modlitwy, ale też do ćwiczeń jogi, odpoczynku po długiej podróży, a nawet awaryjnej drzemki. Gdy usiadł w pozycji  lotosu, dywanik zaczął delikatnie unosić się w powietrzu - latający dywan czy za dużo relaksujących napoi 😱

Czas iść spać


Po śniadaniu (tym razem polskie konserwy wieprzowe czy inne rodzime produkty) i zdaniu apartamentu wyruszyliśmy na podbój Casablanki - w końcu to największe miasto Maroka (moje stopy cośtam protestowały, chyba przeczuwały te kolejne 15 tysięcy kroków, które pokazało na koniec dnia).

„STOP” po arabsku قف (czyt. „kaf”)

Budynek w Casablance

Alejka palmowa



Po drodze mijamy wieżę zegarową (Clock Tower Casablanca), to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Casablanki, znajdujący się przy wejściu do Starej Medyny na placu ONZ (Place des Nations Unies). Pierwotnie powstała w okresie francuskiego protektoratu (1909–1910) jako symbol nowoczesności miasta i wpływów zachodnich. Oryginał został rozebrany w 1948 roku, rekonstruowano ją w 1993 r. – obecna wieża jest jego wierną kopią. Jest to bardzo ważny punkt orientacyjny, miejsce spotkań i jeden z najczęściej fotografowanych zabytków w centrum miasta.

Clock Tower Casablanca

Docieramy do ścisłego centrum i parkujemy auto. Kierujemy się już pieszo w stronę Parc de La Ligue Arabe

Parc de La Ligue Arabe - حديقة جامعة الدول العربية

Parc de La Ligue Arabe to największy i najstarszy park publiczny w centrum Casablanki, założony w 1919 roku pod nazwą Parc Lyautey. Rozciąga się na powierzchni ok. 30 hektarów w samym sercu miasta, pomiędzy Boulevard Moulay Youssef, aleją Hassan II, ulicą Rachidi i Alger. Powstał podczas francuskiego protektoratu według projektu architekta Alberta Laprade pod kierunkiem Henriego Prosta; szereg oryginalnych łuków przeniesiono tu z dawnego więzienia Anfa.
Po niepodległości Maroka zmienił nazwę na Parc de La Ligue Arabe na cześć Ligi Państw Arabskich. W 2018 roku zakończono szeroką renowację: dodano nowoczesne alejki, skatepark, strefy rekreacyjne, place zabaw i fontanny. Służy zarówno do spacerów, uprawiania sportu, rodzinnych spotkań, jak i relaksu z dala od miejskiego ruchu. 
Jest nazywany „zielonymi płucami” Casablanki — wśród rzędów palm, egzotycznych hibiskusów i yuccy można znaleźć ciszę i cień nawet w najbardziej upalne dni. 

Parc de La Ligue Arabe - alejka wodna 😉


Parc de La Ligue Arabe - alejka słoneczna


Parc de La Ligue Arabe - alejka w cieniu drzew


Agence Urbaine de Casablanca – Miejska Agencja Urbanistyczna Casablanki widoczna z parku



Park znajduje się przy katolickiej katedrze Sacré-Cœur — charakterystycznym punkcie dzielnicy. Katedra Sacré-Cœur jest symbolem Casablanki z czasów kolonialnych (zbudowana w latach 1930–1950, dla rosnącej wtedy społeczności katolickiej), architektoniczną perełką miasta oraz miejscem, które łączy w sobie historię, kulturę i wielokulturowość Maroka.

Katedra Sacré-Cœur

Po uzyskaniu niepodległości przez Maroko w 1956 roku przestała pełnić funkcje religijne i została przekształcona w centrum kultury, gdzie dziś organizowane są koncerty, wystawy czy wydarzenia społecznościowe.
Niestety mieliśmy pecha, gdyż w tym dniu pod katedrą organizowano maraton i została zamknięta dla zwiedzających.

Z parku kierujemy się do Medyny przeciskając się przez targowisko. Można tam znaleźć niemal wszystko od świeżych kurczaków (jeszcze minutę wcześniej gdakały), przypraw po ubrania i buty, przez starocie wszelkiej maści (nasze targi staroci mogą się schować). To wszystko w wąskich uliczkach upchane na prowizorycznych straganach czy plandekach bezpośrednio na ziemi.

Początki chaosu

Idąc dalej mijamy wcześniej wspomnianą Wieżę Zegarową przy której spotykamy kilku tradycyjnych marokańskich sprzedawców wody, nazywany po arabsku گَرَّاب (gerrab). Jest to jeden z najbardziej charakterystycznych symboli ulicznych największych marokańskich miast, zwłaszcza Casablanki, Marrakeszu czy Rabatu. 

Marokański "saturator"

​Noszą barwny, aksamitny strój (zwykle czerwona szata) oraz duży kolorowy kapelusz z pomponami, chroniący przed słońcem. U pasa mają przymocowane metalowe kubeczki do podawania wody i dzwoneczki, które przykuwają uwagę przechodniów. Noszą skórzaną sakwę (garnuszek lub bukłak ze skóry koziej lub wielbłądziej – gherrba) z wodą, z której dawniej częstowali spragnionych podróżników.


Gerrab - sprzedawca wody (i roznosiciel gruźlicy 😂)

Tradycyjni „water sellerzy” byli kiedyś niezbędni w dużych miastach Maroka, dostarczali wodę w miejsca publiczne (zanim powstał system wodociągów). Dziś to głównie kolorowa atrakcja turystyczna – za drobną opłatą można zrobić sobie z nimi zdjęcie.

Kolejna atrakcja na naszej pieszej trasie to mury obronne fortu La Sqala – Bastion des Almohades, jednej z najstarszych fortec Casablanki, położonej na obrzeżach starej medyny, niedaleko portu.

La Sqala – Bastion des Almohades

La Sqala została zbudowana na pozostałościach portugalskiej fortecy w XVIII wieku przez Almohadów, by strzec wejścia do portu i starego miasta. Obecnie w forcie znajduje się popularna restauracja w klimacie marokańskim, a miejsce to jest odwiedzane zarówno dla historycznego klimatu, jak i pięknych widoków na ocean oraz port Casablanki.

Armata z Edkiem

i z Tomkiem

Kolejny obowiązkowy przystanek w Casablance to Rick' Cafe. Jest to popularna restauracja i bar, zainspirowane kultowym filmem Casablanca. Usytuowane w pięknej, tradycyjnej marokańskiej rezydencji w stylu riadu, miejsce przenosi gości w klimaty lat 40 XX wieku dzięki wyjątkowej architekturze i dekoracjom, z detalami takimi jak łuki, rzeźbione bariery, zachwycające oświetlenie i drzwi wzorowane na tych z filmu.

Rick's Cafe od zaplecza

Rick's Cafe od strony wejścia głównego

Rick's Cafe wejście główne


​Niestety, restauracja dostępna jest wyłącznie po uprzedniej rezerwacji stolików, a terminy są zajęte na wiele dni do przodu, dlatego trzeba planować wizytę z dużym wyprzedzeniem.

Rick's Cafe wnętrze, źródło: vmmorocco.com 


Następnie spacerując w stronę głównej atrakcji Casablanki jakim jest Meczet Hassana II podziwiamy nowoczesną zabudowę miasta i trafiamy na nabrzeże, gdzie z daleka widać budynek meczetu.



Widok na meczet Hassana II



Meczet Hassana II (arab. مسجد الحسن الثاني) jest jednym z największych meczetów na świecie. Jego główna sala modlitewna mieści około 25 tysięcy wiernych, a na rozległym dziedzińcu może modlić się dodatkowe 80 tysięcy osób.



Meczet położony jest na sztucznym nasypie nad Oceanem Atlantyckim, a jego najbardziej charakterystycznym elementem jest minaret o wysokości 210 metrów — drugi co do wysokości minaret na świecie i najwyższa budowla w Maroku. Powstał w latach 1980-1993 i kosztował wg różnych źródeł od 600 do 700 milionów EUR.

Olek na tle meczetu





Na szczyt minaretu można wjechać windą, z której rozciąga się widok na cały region. Konstrukcja meczetu łączy tradycyjną architekturę mauretańską z nowoczesnymi elementami. Dach świątyni jest częściowo otwierany, co pozwala na modlitwę pod gołym niebem i podziwianie oceanu. Wewnętrzne wnętrza zdobią mozaiki, marmury, fontanny i ręcznie wykonane drewniane rzeźby. Meczet Hassana II jest także miejscem kultu, a jednocześnie ważnym symbolem architektonicznym i kulturowym Maroka.



Dla zwiedzających nie-muzułmanów Meczet Hassana II w Casablance jest dostępny od soboty do czwartku, z przewodnikiem, w wyznaczonych godzinach 9:00, 10:00, 11:00 oraz 14:00 (lub wg innych źródeł 15:00). W piątki, kiedy odbywają się modlitwy, zwiedzanie jest niedostępne. My na miejsce przybyliśmy około godziny 14:30 i nie zostaliśmy wpuszczeni (z tego co zrozumieliśmy to chyba odbywała się msza).
Drzwi do meczetu, źródło: tamtutam.blogspot.com

Jak już wcześniej wspominaliśmy, Maroko to kraj skrajności. Nie inaczej jest w samej Casablance tuż przy meczecie. Wystarczy przejść około 300 metrów od budynku za 700 milionów EUR i zobaczyć trzeci świat. Skrajna bieda, tony śmieci i walące się budynki.






Jeszcze tylko bezpiecznie przejść przez dzielnicę pełną takich widoków (choć trzeba przyznać, że nikt nas nie zaczepiał i co jakiś czas stał patrol policji) na parking i możemy ruszać w dalszą drogę. Dokładnie o 15:18 wyruszamy w dalszą drogę - kierunek Marrakesh. Przed nami 263 km i 4,5h jazdy.


Trasa Casablanca - Marrakesh


Pogoda w Casablance
  
W czasie gdy my spokojnie zwiedzaliśmy Casablankę, gdzieś w Polsce jeden z młodych szczęśliwców powiedział sakramentalne "Tak" i od tego momentu poznaje jak to jest "po drugiej stronie". A niech poznaje, co ma mieć lepiej niż my 😂.

Wszystkiego Najlepszego Na Nowej Drodze Życia!

Poniżej kilka tematycznych dowcipów 😂

Dwóch młodych ludzi rozmawia w okopach.
     - Jak się tutaj znalazłeś?
     - Jestem kawalerem, lubię wojnę więc poszedłem na ochotnika. A ty?
     - Jestem żonaty, lubię spokój więc poszedłem na ochotnika.

Rozmowa w pracy:
     - Moja żona jest cudowna. Wieczorem, gdy wracam z pracy, ona całuje mnie, pomaga się rozebrać,        zdejmuje mi buty, zakłada kapcie i gumowe rękawiczki.
     - A po co gumowe rękawiczki.
     - Żeby wygodniej mi się myło naczynia.

Rozmawia dwóch kumpli:
     - Wiesz Franek chyba rozwiodę się z żoną. Zrobiła się strasznie marudna i od 6 miesięcy zanudza        mnie o to samo.
     - O co?
     - Żebym wyniósł choinkę na śmietnik.


Marrakesh

Z Casablanki ruszyliśmy trasą R323, R318, P3007, P3613 i ... P3601 a dalej już do samego Marakeszu trasą N9. To tutaj zwłaszcza na trasie P3601 zatęskniliśmy za Edkowym, szutrowym skrótem. Poniżej kilka odcinków tej znakomitej trasy:


Początek jeszcze nie jest taki tragiczny ale później ...


Trasa P3601

Trudno zmieścić całą oś na asfalcie

Wtedy wydawało nam się, że to najgorsza droga ... ale nie uprzedzajmy faktów

Dowcipni, choć miejscami ponad 110km/h Olek tam też leciał 😁😎


Chwila wytchnienia - brak asfaltu

Żeby nikt nie myślał, że tam tylko skutery i jedna zabłąkana Audica z PL

Nie takie gabaryty tam jeżdżą

Jak na kraj skrajności przystało - chwilę później "lotnisko"

Zabytkowe wozy

Toyota z jakimś zielskiem

Kolejne "lotnisko"

Wreszcie w Khemisset Chaouia wyjeżdżamy na trasę N9 - alternatywna (i całkiem przyzwoita) trasa do płatnej A3, która prowadzi już do samego Marrakeshu. Jeszcze po drodze o 17:40 tankowanie (50L, stan licznika 344 808 km). Całą trasę prowadzi Olek, przejeżdżamy centrum miasta i te zwariowane ronda i chaos uliczny i do Maison Alphea Marrakech docieramy tuż po godzinie dwudziestej. Szału nie ma i tym razem poduszka ponownie zostaje w samochodzie, zwłaszcza że podczas spisywania dokumentów w recepcjo-kuchni na wejściu pojawi się ogromny karaluch (choć trzeba przyznać, że mimo kiepskiego wyglądu pokoju a zwłaszcza łazienki, nie było robactwa).

Łoże małżeńskie w sypialni

Salon

Szafa

Łazienka z ... trapezem?

Brodzik

Kibel

Ząb Mamuta


Z racji tego, że Marrakesh słynie z nocnego targu na placu Jemaa el-Fna, to planujemy, aby tam też pojechać. Do centrum mamy około 17 km a nie chcemy tam jechać własnym transportem, więc postanawiamy skorzystać z taxi lub alternatywy w postaci aplikacji InDrive. I tu mała dygresja - otóż używanie usług z aplikacji InDrive w Maroko nie jest do końca legalne (choć trwają prace nad legalizacją przed Mistrzostwami Świata w 2030 roku). Oczywiście chodzi tu m.in. licencje na usługi przewozowe czyli inaczej mówiąc o podatki oraz o lobby taksówkarskie i utracone korzyści. Kierowcy jeżdżący na InDrive mogą otrzymać wysokie grzywny (nawet do 600 euro), grozi im czasowe odebranie prawa jazdy oraz konfiskata samochodu na kilkanaście dni, natomiast pasażerowi nic nie grozi. W InDrive zaznaczamy punkt docelowy i proponujemy cenę, po chwili pojawia się propozycja ceny od kierowcy i na zasadzie licytacji ustala się cenę końcową. Chyba najbliżej tej aplikacji do naszego rodzimego BlaBlaCar.

W międzyczasie zostaliśmy zaskoczeni informacją z sieci Maroc Telecom, że nasz Internet właśnie się skończył. Dziwne, bo i mieliśmy mapy offline i nie oglądaliśmy za dużo filmików. Właściciel naszego "apartamentu" pomógł nam doładować konto o kolejne 10GB, co nie było wcale proste (kilka opcji na doładowanie, brak informacji sms o stanie konta - tylko informacja głosowa po arabsku i francusku, dopiero później ogarnęliśmy aplikację Monespace MT w której widać ilość pozostałych GB - tak też tylko po arabsku i francusku).

Biorąc pod uwagę, że jednak InDrive nie jest aplikacją w pełni legalną oraz aby poznać cenę taksówkarza podeszliśmy niedaleko kwatery do jednego z nich. Zaśpiewał 300 MAD za 17km co było dwukrotnie zawyżone nawet jak na cenę taxi (co potwierdził też właściciel Maison Alphea). Podziękowaliśmy na co kierowca zagadał, że pewnie z InDrive chcemy skorzystać. Odeszliśmy kawałek i kliknęliśmy kurs w InDrive za jakieś 70 MAD. Po krótkiej chwili podjechał do nas samochód i zapytał, gdzie chcemy jechać. Zaproponował 100 MAD ale w aplikacji widać było, że nasz kierowca jeszcze do nas nie dojechał. Okazało się, że to jest podstawiona ekipa od taksówkarza. Po chwili dojechał kierowca InDrive i zaczęła się afera. Do kłótni dołączył się taksówkarz oraz właściciel naszej kwatery, który się za nami wstawił. My stwierdziliśmy, że w takiej sytuacji nigdzie nie jedziemy, żeby nikomu nie robić kłopotu. Ostatecznie jednak przekonano nas, że mamy jechać z tymi od InDrive i że taksówkarz nie będzie miał do nas pretensji. Po drodze kierowca jeszcze zagadał, że mamy mu zaraz zapłacić, bo inaczej nas na policję zabiera (no ciekawe jak by się wytłumaczył).

Cała ta sytuacja opóźniła nasz dojazd do centrum i na placu Jemaa El-Fna znaleźliśmy się około północy.

Jemaa El-Fna to centralny plac Marrakeszu, funkcjonujący nieprzerwanie od XI wieku jako miejsce spotkań, handlu, pokazów oraz kulinarnych i kulturowych atrakcji. To historyczne serce miasta, wpisane na listy światowego dziedzictwa UNESCO, gdzie od wieków gromadzą się kupcy, lokalni mieszkańcy, artyści oraz podróżni — zarówno w ciągu dnia, jak i nocą. 

Jakie to jest p... duuuże - dźwięk do podmiany

Wieczorem zmienia się w rozświetlony bazar pełen straganów z jedzeniem, muzyką na żywo, opowiadaczami bajek (tak chyba: "marihuana, hasz, koka" z czym namiętnie do Edka startowali 😂),  zaklinaczami węży i ulicznymi performerami. Od wieków Jemaa el-Fna była areną publicznych zgromadzeń, sądów, egzekucji, procesji, świąt i pokazów fantazji.








Tu skosztowaliśmy też Tagine tradycyjnej marokańskiej potrawy duszonej w charakterystycznym naczyniu glinianym o stożkowej przykrywce, które także nazywa się tagine. To rodzaj powolnie gotowanego gulaszu, który może zawierać mięso (np. jagnięcinę, kurczaka lub wołowinę), ryby, warzywa, a także suszone owoce i orzechy. Potrawa jest doprawiana mieszanką przypraw, takimi jak imbir, kmin, kurkuma, cynamon, szafran, papryka i ras el hanout. Tagine jest symbolem marokańskiej kuchni i kultury, znanym zarówno z wyjątkowego smaku, jak i sposobu przygotowania, który pozwala na zachowanie soczystości i głębi aromatów składników. Oczywiście kupując to danie w takim miejscu byliśmy skazani zarówno na wysoką cenę jak i niewielką zawartość talerza (choć trzeba przyznać, że bardzo smaczną), a że byliśmy głodni to zapomnieliśmy zrobić zdjęć potrawy. Dlatego nasz kolega AI wygenerował dla nas zdjęcie takiej potrawy.

Pierwsza próba - prawda, że aż ślinka leci 😂


Opis AI: "wygenerowany obraz przedstawiający kompletny tradycyjny marokański tagine z odpowiednio dopasowaną pokrywką, na talerzu z jedzeniem, na rustykalnym drewnianym tle i w ciepłym naturalnym świetle."



Do trzech razy sztuka - już lepiej ale nadal półmisek nie pasuje do pokrywki


W drodze powrotnej także skorzystaliśmy z aplikacji InDrive lecz tym razem wyszukaliśmy odludne miejsce bez wścibskiego wzroku taksówkarzy. Nieco później zorientowaliśmy się, że tam na końcu tego placu chyba stoją mundurowi 😎.

Czekanie na InDrive


Do pokoju dotarliśmy około 2 w nocy. Rano zjedliśmy tradycyjne śniadanie i o jedenastej wyruszyliśmy dalej w kierunku Agadiru.



Nie, to nie basen

Ząb Mamuta po raz drugi

Śniadanie (wciąż gdzieś z tyłu głowy ten karaluch)

Jest 23 października 2025, do Agadiru mamy niemal dokładnie 300 km i jakieś 5,5h jazdy. Dziś za kółko wsiadam ja. 


Trasa Marakesz - Paradise Valley - Agadir
 
Mimo wklejania kodu z zaznaczeniem opcji unikaj opłat mapa usilnie wyświetla trasę na autostradzie A3 co nie jest prawdą.

Trasa wydaje się spokojna, krajobraz robi się coraz bardziej pustynny i wyludniony. Mijając jakieś miasteczko wpadam w oko policjantowi, który każe się zatrzymać. W panice zamiast wcisnąć przycisk opuszczania szyby, naciskam blokadę drzwi (tak, tak, Audi-Africa ma z przodu elektryczne) ale w końcu udaje mi się wydobyć dokumenty i podać mundurowemu. Zwykła rutynowa kontrola, można jechać dalej.


CDN


Opis powstał między 1 a 16 listopada 2025r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Maroko 2025 cz. II

Druga część relacji z wyjazdu do Maroko  Pierwsza część relacji ( dostępna tutaj ) głównie dotyczyła największych miast Maroko. Dalsza podró...