Zebrana kwota

Zebraliśmy

7827 zł

z kwoty minimalnej (2022 zł)

bezpośredni link do wpłat na team Gryfne Karlusy

środa, 14 września 2022

ZŁOMBOL 2022 - wyprawa

Po wielu tygodniach przygotowań, poświęceniu mnóstwa czasu i energii oraz także dużych nakładów finansowych, wreszcie nadszedł ten dzień. W piątek 2.09.2022r. Olek walczył od południa z naklejkami darczyńców i późnym popołudniem ruszyliśmy pod Stadion Śląski w Chorzowie na Night Check-in by odebrać pakiet startowy.

Ścianka pod Stadionem Śląskim

Towarzyszył nam też Irek, który niestety nie mógł pojechać z nami. W przyszłym roku zostanie zwyczajnie uprowadzony 😉. Już tam panowała świetna atmosfera i mieliśmy okazję zaprezentować nasz wóz przed kamerą i porozmawiać z Martyną. Dodatkowo zaskoczył nas fakt doskonałej organizacji, pakiety startowe wydawane były sprawnie i bezproblemowo.



Wieczorem wróciliśmy do Bytomia i czekaliśmy do następnego dnia (nie było mowy o normalnym spaniu).


03.09.2022r.

Zgodnie z planem na starcie chcieliśmy być około godziny 10:00, ale umieszczenie naklejek startowych zajęło nieco więcej czasu i na starcie pojawiliśmy się o 11:30







Na stracie panowała ogólna ekscytacja a dodatkowo, by poczuć ten klimat, można było spojrzeć na wszystko z góry dzięki jednej z ekip i ich zwyżce.



źródło: oficjalny profil instagram/FB Złombola

Punktualnie o 13:00 ruszyliśmy w trasę - obierając kierunek A1 i Gorzyczki (po drodze odbierając jeszcze taki drobiazg jak wydruk ubezpieczenia Olka). Licznik Loponeza pokazywał 137 900 kilometrów. Nasza planowana trasa miała przebiegać przez Czechy (opcjonalnie) - Słowację - Węgry - Chorwację - Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę:

Po kilku km spotkaliśmy ekipę ze Szwecji (dwa Żuki, Polonez, Fiat 125p oraz Łada Niva), jednak ich prędkość  przelotowa była na pograniczu możliwości naszego auta (przy 130 km/h Loponez dostaje dziwnych wibracji i baliśmy się, że coś mu odleci a i spalanie niepotrzebnie rośnie), także trasa pokrywała się jedynie do pierwszych kilometrów czeskich bezpłatnych autostrad. Oni pojechali dalej przez Czechy (a docelowo na Balaton), a my ustaliliśmy, że winietki to zło i będziemy zwiedzać kolejne kraje drogami niepłatnymi, bo nigdzie się nam nie spieszy. Początek trasy planowo na Żylinę i potem przejście graniczne z Węgrami w Komarno. Po drodze kilkukrotnie dyskutowaliśmy z innymi ekipami, gdzie planują nocleg i większość wskazywała Balaton, więc stwierdziliśmy, ze nas tam też jeszcze nie było.

Nad Balaton dojechaliśmy o 22:20, a licznik wskazywał 138 515 km (czyli 615 km od startu). Kemping Aranypart (46.92602988374593, 18.096590771938533) w miejscowości Siofok (koszt 7000 HUF). 

Pierwszy kemping

Tam po rozbiciu namiotów (przy pomocy świateł z latarek) poznaliśmy ekipę z pod Kalisza "Team Rychwał", czyli Błażeja, Roberta i Michała z którymi przejechaliśmy resztę trasy do mety i część trasy powrotnej. Ustaliliśmy, że zamiast jechać na Bośnię i Hercegowinę i później Czarnogórę, pojedziemy na Serbię i Macedonię, aby trafić w końcu do Albanii. Trasa około 300 km dłuższa, jednak wśród innych ekip czuliśmy się pewniej na wypadek awarii.

04.09.2022r.

Dzień rozpoczęty śniadaniem i kąpielą w Balatonie. Po spakowaniu się i strzeleniu pamiątkowej fotki przyszedł czas na dalszą podróż. 

Balaton i "Team Rychwał"

Wyjechaliśmy z kempingu około 12:00 a granicę z Serbią w Bajmok przekroczyliśmy o 15:10 i tu na długi czas nastąpiło odcięcie od Internetu. Dziwnym sposobem na każdej stacji przy próbie zakupu karty SIM z netem rozkładano ręce. 

Pozycje innych załóg o 13:21

Obraliśmy kierunek na pierwszy oficjalny kemping, który był po drodze na naszej trasie - Belgrade Avala (44.6188026144214, 20.555437585533966) (koszt 25 EUR) na który dotarliśmy o 19:00, a na liczniku Loponeza wybiło 138 921 km ( 1021 km od startu i 406 km od Balatonu). Nieduże pole namiotowe, choć właściciel twierdził, że kilka lat temu gościł już złombolowiczów w ilości 200 samochodów (mało prawdopodobne, może chodziło o 200 osób) i po opuszczeniu kempingu nie znalazł ani jednego pozostawionego śmiecia. Także tym razem Polacy zadbali o wizerunek i rano pole było wysprzątane. 

Na obiadokolację zrobiliśmy smaczne, grillowane kiełbaski i tu niestety ewidentnie objawił się brak Irka-kucharza na pokładzie. No cóż węgiel jest ponoć dobry na problemy żołądkowe ;) 

Kiełbaski a'la "węgiel leczniczy" 

Rano podładowaliśmy wszelkie baterie, telefony i inne urządzenia, udostępniając przy okazji naszą małą elektrownie innym ekipom.

"Elektrownia"

To było ostatnie miejsce z darmowym WiFi.

05.09.2022r.

Kolejny dzień rozpoczynamy wyjazdem o 11:15. Cel jezioro Ochryd czyli przed nami do przejechania reszta Serbii i niemal cała Macedonia - 607 km. Po drodze w północnych rejonach Macedonii (okolice Tetowa), zaliczamy typowe bałkańskie jedzonko - Ćevapčići. 

Ćevapčići

Postój na posiłek

Nad jezioro docieramy około godziny 22:00 a na liczniku odnotowujemy 139 528 km czyli 1628 km od startu. Kemping Rino 2 (41.15627990747925, 20.651032968541884) w pobliżu miejscowości Struga (koszt 23 EUR) z przemiłym właścicielem. Ponownie stawiamy namioty po zmroku, a zmęczenie występujące u wszystkich docierających załóg powoduje, że dosłownie cały kemping grzecznie śpi.


Jezioro Ochryd

06.09.2022r.

Poranek przeznaczamy na śniadanie, pakowanie gratów i zwiedzanie pobliskiego miasteczka Struga. Wreszcie mamy chwilkę czasu, by kupić jakieś pamiątkowe magnesy, nadal jednak zakup karty SIM jest niewykonalny. 



Rzeka Czarny Drin w mieście Struga nad jeziorem Ochrydzkim

Można wsiadać do naszych wozów, cel META Kamping Pa Emër Guri i Lëmuar. Do pokonania pozostało 172 km, choć przewidywany czas przejazdu dosyć kiepski, bo ponad 3,5h. Jest godzina 11:05, jedziemy na metę.

Przy wjeździe do Albanii wreszcie jest możliwość zakupu karty SIM u lokalnego samozwańczego "handlarza"  - 36GB za jedyne ... 50 EUR. Grzecznie dziękujemy! Może na mecie będzie jakieś WiFi w końcu Albańczyk skroił od każdej głowy po 15 EUR, więc coś w tej cenie zapewni. O naiwności :)

Dotarliśmy do mety około 15:30 po przejechaniu dokładnie 1800 km od startu w Chorzowie (139 700 km). Wcześniej jednak trafiliśmy na drugi kamping Pa Emer oddalony od tego właściwego o ~9 km. Profilaktycznie przed wjazdem na metę zrobiliśmy jeszcze zakupy w pobliskim miasteczku (karty SIM nadal nigdzie nie było). 

Ostatnie kilometry dojazdu do mety to był istny rajd Paryż - Dakar. Najpierw coraz większe ubytki w asfalcie i coraz bardziej wąsko, by później przerodzić się w drogę szutrową z wielkimi koleinami. Jak trudno było, może świadczyć choćby urwana miska olejowa jednej z ekip (już podczas wyjazdu w drogę powrotną).





Korek do mety

Na wjeździe korek na jakieś pół godziny, wolnych miejsc już całkiem niewiele, a ekip na mecie wcale nie tak dużo. Coś tu jest mocno nie tak. Jak się później okazało teren, choć całkiem spory, nie był przewidziany na 950 ekip. W zasadzie nawet na połowę tej liczby. Albańczyk chyba liczył, że staniemy wszyscy jak na starcie pod Śląskim. Także pojemność szamba była obliczona tak, że po pierwszej dobie zrobił się duży problem. Co do WiFi ... tu nawet nie było zasięgu sieci komórkowej (poza samą plażą)! 

Nasza miejscówka na końcu kempingu

Jednak nie po to przejechaliśmy pół Europy, by teraz rezygnować i szukać innej miejscówki, czy jakiegoś hotelu. I to była bardzo dobra decyzja, miejsce się znalazło, choć dosyć daleko od samej plaży i sceny (ale dzięki temu, że ponad 500 m od baru, dzienny limit 10.000 kroków zaliczony bez problemu), ekipy się zintegrowały i w zasadzie scena i plaża nie były nam do niczego potrzebne.

Pozdrawiamy z tego miejsca ekipę: "AleUrwał Złombol Team" (info o łotewskiej karcie Vegolink bezcenne) "Załadowani" i ekipę z namiotu obok, która próbowała pomóc w uruchomieniu łotewskiej karty eSIM (jednak nie przychodziły maile z potwierdzeniem rejestracji) przy dźwiękach gitary i harmonijki (Krzysiek, Michał, Jola z mężem) oraz 2 namioty dalej (załogę jeżdżącą Maluchami). Zaprzyjaźniony "Team Rychwał" postawił jednak na wygody i 2 noce przespali w hotelu. Dziękujemy też ekipie z przeciwka, która pożyczała nam dmuchawę do materacy (a my im podnośnik 😃).

07.09.2022r.

Ostatni dzień beztroskiej sielanki. Już od wczesnych godzin rannych większa część ekip ewakuowała się z prowizorycznego pola namiotowego i jechała dalej w nieznane. Niektórzy mieli taki plan od razu, bo jechali zwiedzać przeróżne kierunki Europy - Czarnogóra, Chorwacja, Rumunia, Bułgaria czy nawet  Grecja, Turcja, Włochy a w szczególnych przypadkach Francja, Anglia czy Szwecja (niektórzy po prostu wracali do miejsca zamieszkania) a w skrajnych przypadkach aż Monako ale o tym później 😉. Inni ruszyli dalej w głąb Albanii, trochę zawiedzeni pogarszającymi się warunkami na prowizorycznym kempingu (awaria toalet, braki dopływu wody, miejscówka w kłujących krzakach czy podłoga namiotu pod dużym nachyleniem). Do południa zrobiło się całkiem luźno, lecz nie było sensu zmieniać miejscówki bliżej plaży i w efekcie nasz namiot był jako ostatni, na samym końcu pola namiotowego.

Jest jeszcze kilka ekip ale oni też się zbierają

Kąpiel w Adriatyku, późny obiad i odpoczynek. Internetu, zasięgu sieci komórkowej i innych wygód nadal nie było. Wieczorem udaliśmy się w kierunku plaży i prowizorycznego baru na zimne (i przesadnie drogie 2EUR/0.3L) piwko albańskie. 

Żuk wygrzewający się na plaży

Multicar - raczej kojarzy się z węglem niż kamperem

Piwko nad Adriatykiem

Udało się wreszcie uzyskać chwilowy dostęp do Internetu i dzięki pomocy ekipy nr 453, (niestety nazwy nie zapamiętałem iHome?) w końcu udało się przejść rejestrację i opłacić kartę Vegolink ... po czym przyszła informacja, że na aktywację trzeba czekać do 24 godzin (trwało to jednak krócej).

08.09.2022r.

Z samego rana po śniadaniu i spakowaniu wszystkich gratów ruszyliśmy w dalszą drogę. Była godzina 10:10. Na pożegnanie zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i obraliśmy kierunek Czarnogóra-Sutomore do Pensjonatu Bonaca, gdzie umówiliśmy się z ekipą "Team Rychwał".



Pożegnanie z metą

Niby to jedynie 181 kilometrów jednak droga między Albania a Czarnogórą jest paskudna. Do tego pogoda nas rozpieszczała i termometr w cieniu pokazywał ponad 41 stopni - w sam raz na jazdę Loponezem bez klimatyzacji. Jakiś czas temu Olek porysował szkła w nowych okularach słonecznych i przełożył szkła ze starych. Puste oprawki wrzucił do bocznej kieszeni w drzwiach kierowcy. W pewnym momencie, nieświadomie sięgnąłem ręką po te okulary "przeciwsłoneczne" i założyłem. Z tego upału nawet się nie zorientowałem, a Olek po chwili  pękał ze śmiechu 😂.

Zimny łokieć nie był zimny

Na miejsce dotarliśmy o 15:00 (licznik 139 891 km czyli 1991 km od startu), zjedliśmy porządny obiadek "u Kurzina" i pozwiedzaliśmy opustoszałe Sutomore, co dla nas było sporą nowością. Jak wiecie 10 dni przed Złombolem wróciliśmy właśnie z tego pensjonatu z urlopu i ludzi było wtedy od groma. 




Pustki w Sutomore

Newenka (właścicielka Pension Bonaca) przywitała nas oczywiście tradycyjnym chlebem i solą ... tzn. przekąskami i rakiją oraz przygotowanymi pokojami. Będąc tam już wielokrotnie nie było to dla nas zaskoczeniem. Jeżeli ktoś szuka dobrej miejscówki na urlop na Bałkanach to szczerze polecamy to miejsce. Więcej informacji na stronie z ogłoszeniem.

Pension Bonaca

Pierwsza noc w normalnym łóżku (jak się później okazało ostatnia). Team Rychwał naprawił w międzyczasie w swojej tuningowanej Skodzie uciążliwą awarię ... klimatyzacji.

09.09.2022r.

Poranek przywitał nas burzą z piorunami. Lało tak mocno, że planowany wyjazd o godzinie 9:00 przesunął się na 10:50. Na naszym zderzaku powstała też mała ryska, przy cofania w takich warunkach - murek kończył się jednak te 10 cm dalej 😂. 





Pogoda kolejny raz zaskakuje

Tu nasze drogi z Rychwałami się rozdzieliły. Oni pojechali w kierunku Chorwacji my w kierunku granicy z Serbią w Dracenovac-Spiljani a następnie Kosowa. Dlaczego tak? Gwarantowało to nam bezproblemowy, późniejszy wyjazd z Serbii. Serbia traktuje Kosowo jako podległa im prowincja i wjazd do Kosowa od strony Czarnogóry (a także Albanii czy Macedonii) traktowany jest jako nielegalne przekroczenie granicy Serbii. Szczegółowo sprawdzane są pieczątki w paszporcie (który jest wymagany w Kosowie). Istnieje sposób i na to (wjazd do Kosowa na paszporcie i wyjazd z Serbii na dowodzie osobistym) ale nadrabialiśmy raptem kilkanaście kilometrów, więc nie było sensu ryzykować. Przy okazji warto wspomnieć, ze mapy google głupieją podczas wyznaczania tras biegnących przez obszar Kosowa. Usilnie wyznaczana jest trasa okrężna. Nie ma się co tym przejmować (pamiętając o powyższej zasadzie) i trasy wyznaczać do punktów przygranicznych w odcinkach.




Chwilowo nie pada

W połowie trasy do Serbii okazało się, że wskaźnik benzyny pokazuje rezerwę, co było nieco dziwne, gdyż Loponez pije w pierwszej kolejności LPG a wg kilometrów gazu było jeszcze całkiem sporo. Niestety okazało się, że jest to awaria sterownika BRC i od jakiegoś czasu jedziemy faktycznie na e95. W strugach deszczu znaleźliśmy odpowiedni "warsztat" i modliliśmy się o to, by udało się usunąć usterkę. 
Znowu leje, jedyne zadaszenie to ... kaplica

Na szczęście jednym z naszych darczyńców jest AR-GAZ z Tarnowskich Gór. Wprawdzie są specjalistami od konkurencyjnego rozwiązania STAG, ale znali naszą instalację i po usłyszeniu "teleporady" udało się Loponeza podleczyć na tyle, by zużywał LPG, a nie benzynę.

Końcowy odcinek w Czarnogórze zaskoczył nas niespodziewanym postojem (jakieś 18km przed granicą w Dracenovac-Spiljani). W pierwszej chwili myśleliśmy, że to już korek do samej granicy, jednak mapy google pokazały, ze korek dotyczy tylko najbliższego odcinka. Tak czy siak do czasu przejazdu doszła kolejna godzina w oczekiwaniu, aż pojedziemy dalej. W Dracenovac pojawiliśmy się kwadrans po godzinie 18, gdzie zastała nas piękna tęcza.

Tęcza na granicy Czarnogóry z Serbią

Do granicy z Kosowem w Vitovice dzieliło nas 22 km. Pozostała jeszcze kwestia opłaty za tzw. ubezpieczenie za auto w Kosowie. Zielona karta w Kosowie jest nieważna i należy wykupić odrębne ubezpieczenie na samochód. Koszt to 15 EUR za samochód osobowy, jednak za ciężarowy już nawet 138 EUR, więc spora różnica. Nasz Loponez jest niestety osobowy tylko z wyglądu, bo w dokumentach ma wbite "samochód ciężarowy" więc koszty są poza naszym zasięgiem 😒! Z tego powodu m.in. nie kupowaliśmy winiety na Węgry, bo tam koszt osobowy/ciężarowy to 14/28 EUR. Wcześniejsze konsultacje z innymi ekipami nie były zbyt optymistyczne. Znalazła się ekipa z innego Poloneza "ciężarowego", która została policzona jak za samochód ciężarowy. Inna ekipa z Żuka z podobnym wpisem przejechała jednak jako osobówka z tą różnicą, że oni mieli jeszcze stary dowód bez kodu QR w dowodzie. Nasz już ma ten kod 😨.

Jeden wyraz i różnica w cenie 123 EUR

Do tej pory nie wiemy, czy na granicy nie mieli systemu do odczytu kodów, bo jednak przejście graniczne jest na tyle małe i szukają tego ręcznie, czy z innego powodu, ale udało się! Nasz Loponez nie ma z tyłu na klapie oznaczeń (poza AWD 😂) i nawet padło pytanie co to za marka, odpowiedź była oczywiście "Daewoo - passenger car". Coś tam jeszcze poszukali ale w końcu padło ... 15EUR 👍.

AWD +50% do mocy ;)

Dalsza część trasy w Kosowie przebiegała znowu bez dostępu do Internetu. Niestety Kosowo jest traktowane specyficznie i jest tu problem z operatorami komórkowymi, więc także i z Internetem. Przez długi czas nasze telefony były zupełnie bezużyteczne, bo nie logowały się do sieci operatora. Dopiero po czasie coś się pojawiło i nastąpiła konsternacja, bo operator przywitał nas ... w Monako! 

Chwila nieuwagi i zamiast w Kosowie znaleźliśmy się w Monako 😱

Znajomy z EULEXa do którego jechaliśmy, wysłał nam wcześniej lokalizację restauracji w której mieliśmy się spotkać z całą ekipą ale poślizg czasowy był tak duży, że musieli wracać do swojej jednostki. Oczywiście lokalizacji jednostki nie mieliśmy bo Tomek wysłał ją nam tuż po przekroczeniu granicy jako link do mapy, który na ten moment był bezużyteczny. Dobrze, że mapy offilne się sprawdziły i działał sam GPS. W końcu trafiliśmy do przedmieścia Mitrowicy i tam na jednej ze stacji paliw udostępniono nam na momencik hotspota by zlokalizować wysłaną "pinezkę". Pod jednostkę EULEX trafiliśmy około 21:00 a licznik Loponeza pokazywał 140 154 km

Olek i Tomek z EULEXa

Kolacja w pobliskiej restauracji (i najlepszy stek jaki do tej pory jadłem) przyniosła kolejną zmianę planów - wprawdzie hotel nas kusił, ale przez to stracilibyśmy możliwość pojechania na trasę Transfogarską w Rumunii. Do początku trasy dzieliło nas jeszcze około 500 km a trasa nocą jest zamykana (zresztą nie miałoby to sensu bo przecież chodzi o piękne widoki). Do tego postój w hotelu przesunąłby cały wyjazd o jeden dzień i w najlepszym przypadku bylibyśmy w domu późnym wieczorem w niedzielę. Ruszyliśmy więc dalej.

10.09.2022r.

Granicę w Jarnije przekroczyliśmy o 1:00 (stan licznika 140 228 km) bez kolejki. Około 1:45 zrobiliśmy postój na spanie w samochodzie (zamiast wygodnego hotelu). O 4:00 ruszyliśmy dalej. Kolejną granicę (Serbia-Rumunia) przekraczaliśmy w Djerdap kupując wcześniej winietę na Rumunię w cenie 6 EUR za ciężarową osobówkę, bo tu wszystkie drogi są płatne. Nie kombinowaliśmy z opłatą za osobówkę (3 EUR), bo jedna z ekip donosiła o mandacie za taki manewr na Węgrzech w zeszłym roku (sprawdzają w CEPIK, co jest wbite w dowodzie rejestracyjnym).


Żegnaj Serbio, witaj Rumunio

Po drodze pojawiła się kolejna komplikacja - na aplikacji RallyGo i grupie Złombol_not_so_official pojawiła się informacja, że trasa Transfogarska w dniu 10.09. od 9:00 do 18:00 jest zamknięta z powodu wyścigu kolarskiego! Na szczęście Rumunia obfituje w piękne rejony i Karpaty mają jeszcze jedną przepiękną trasę widokową: Transalpinę - najwyżej położoną trasę w Rumunii (2145 m n.p.m.). Tam chyba drugiego wyścigu w tym samym czasie nie będzie 😉.

Do początku Transalpiny w Ciokadii dotarliśmy o 12:10 (stan licznika 140 726 km, 2826 km od startu) i zaczęliśmy się wspinać. 

Początek Transalpiny

Po pierwszym większym podjeździe i konieczności użycia "jedynki" pojawiło się pytanie czy dojedziemy. Wprawdzie mieliśmy pełny bagażnik części i byliśmy przygotowani na różne ewentualności, jednak akurat sprzęgła już nie mieliśmy. Dlaczego już - bo będąc na kempingu Rino 2 w Macedonii, zostawiliśmy nasz zapas dla innej ekipy w potrzebie (pozdrawiamy nr 699, sorki za brak nazwy). Na szczęście cała reszta drogi przebiegała bezproblemowo i mogliśmy delektować się widokami wijącej się w dole Transalpiny oczywiście w tych momentach w których akurat nie zasłaniała nas chmura, bo pogoda nas nie rozpieszczała (choć jednak tam nam trochę odpuściła 😉).








Transalpina - widoki trzeba zobaczyć osobiście

W połowie trasy zrobiliśmy krótki przystanek na posiłek i pamiątkowe magnesy i pojechaliśmy dalej na Sebes (oficjalny koniec Transalpiny) ale dziwnym trafem zjechaliśmy z DN67C na DJ106E, która wcale nie była mniej kręta czy mniej stroma, lecz bardziej zarośnięta lasem. 

Jeden z łagodniejszych podjazdów przed nami

Dalsza trasa to już najkrótsza droga do Polski (nadal bez winiet). Im bliżej Polski tym częściej zamienialiśmy się przy kierownicy, aby drugi mógł chwilę odespać. Zanim jednak dojechaliśmy do granicy Rumunii z Węgrami w miejscowości Csengersima, jadąc na autostradzie, zabrakło nam gazu a w baku mieliśmy resztki benzyny. Oczywiście moja pierwsza reakcja to zapisać licznik w notatniku (140 991 km), co rozbawiło Olka - powiedział, że będzie to opowiadał na każdej imprezie. Musieliśmy zjechać z autostrady i dosłownie na oparach dojechaliśmy do najbliższej stacji, która LPG nie miała ;) Na szczęście niedaleko była kolejna.




Do granicy z Węgrami (Petea) dotarliśmy o 21:10, (141 201 km) i po odczekaniu 40 minut na okazanie dokumentów mogliśmy ruszyć w kierunku Słowacji. Granica Węgiersko-Słowacka prawdopodobnie w Pacin (musiałem wtedy odsypiać, bo nie zanotowałem) i dalej już do Polski. Granicę przekraczaliśmy w pobliżu Krynicy-Zdrój pod Nowym Sączem około 2:45, dalej już Kraków i A4 (płatna) do Katowic.

Koniec wyprawy w Bytomiu został osiągnięty w niedzielę 11.09.2022r. o godzinie 6:15,  licznik wskazywał 141 733 czyli 3833 kilometry od startu pod Stadionem Śląskim. Zostało jeszcze tylko 3 km pod dom Olka i "wreszcie" 😉 pojawiła się jakaś awaria (powiedzmy, że problemy z LPG się nie liczą) - zepsuły się wycieraczki 😂. Po prawie 44 godzinach jazdy można położyć się spać.



W tegorocznym, XVI rajdzie charytatywnym Złombol zgłosiło się 950 załóg, wśród których wystartowała nasza załoga Gryfne Karlusy w Polonezie Kombi z 2000 roku.. Był to nasz pierwszy i już wiemy, że nie ostatni udział w Złombolu. Cieszymy się, że dzięki naszym staraniom i hojności naszych darczyńców udało się dołożyć prawie osiem tysięcy złotych do ogólnej kwoty 2 677 527  (stan na 16.09)! Jest to rekordowa edycja zarówno pod względem ilości załóg jak i kwoty zebranej dla dzieci!

Start: Stadion Śląski 03.09.2022r. g.13:00

Meta: Albania 06.09.2022r. g.15:30

Powrót do Bytomia: 11.09.2022r. g.6:15

Przejechane kilometry: 3833 km

Przebieg trasy: Polska - Czechy - Słowacja - Węgry - Serbia - Macedonia Pn - Albania - Czarnogóra - Serbia - Kosowo - Serbia - Rumunia (Transalpina) - Węgry - Słowacja - Polska

Awarie: drobne problemy z LPG, wycieraczki 😉

Maksymalna prędkość: 145 km/h - i nie jest to prędkość maksymalna, bo przerwaliśmy testy, gdy Olek mi przypomniał, że jest szansa na to, że nam może box odlecieć od plastikowego dachu naszego kombka.


Pozdrawiamy wszystkich uczestników rajdu, organizatorów zwłaszcza Martynę i Marcina, ale też wszystkich wolontariuszy bez których nie byłoby rajdu. Także wszystkie ekipy wymienione w tekście oraz te niewymienione. 

Dziękujemy wszystkim naszym darczyńcom, bo to dzięki Wam dzieci z domów dziecka mają szanse na lepsze jutro! Oto ich szczegółowa lista.

Powyższa relacja to tylko namiastka tego, co doświadczyliśmy na samej wyprawie i ani zdjęcia ani opisy nie są w stanie oddać klimatu Złombola. To trzeba przeżyć osobiście!


Do zobaczenia za rok!


Trasa Start-Meta: Polska - Czechy - Słowacja - Węgry - Serbia - Macedonia Pn - Albania

 


Trasa powrotna: Albania - Czarnogóra - Serbia - Kosowo - Serbia - Rumunia (Transalpina) - Węgry - Słowacja - Polska



Z tą drobną różnicą, że jeszcze dochodzi przejazd przez Kosowo - mapy google usilnie wyznaczają trasę okrężną drogą.

Przebieg trasy w Kosowie, choć nasze telefony twierdziły, że w Monako ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Maroko 2025 cz. II

Druga część relacji z wyjazdu do Maroko  Pierwsza część relacji ( dostępna tutaj ) głównie dotyczyła największych miast Maroko. Dalsza podró...